Ostatnio mój mąż nie pomaga mi w niczym... Mam do poprawy pracę magisterską i mam ją oddać do piątku, mała szaleje po calym mieszkaniu, a mąż bierze sobie codziennie nadgodziny... Zero pomocy. Przyjedzie, zabiera mi kompa i tyle... Ma swoje stronki do zrobienia, bo terminy gonią i wazniejsza jest oczywiście praca niż goniące mnie terminy... Dwa razy krzyknęłam, zarzuciłam focha i nic... Więc wolę się w ogóle nei odzywać, skoro to nic nie daje. Rozumiem, gdyby stron do zrobienia było dużo. Ma czas w pracy, miał przez cały poprzedni tydzień i co? Musi się za to zabrać dopiero jak ja muszę oddać pracę... Na dodatek zarzucił mi że wyrzucam pieniądze na własne przyjemności i że szastam pieniędzmi (wydaję tylko na jedzenie i na niezbedne rzeczy dla Zu). On za to: piwko, wyjścia z kolegami... ja nie pamiętam już kiedy byłam u kosmetyczki...