moja relacja z porodu
19.08. umowilam się z polozna na kontrolne ktg w szpitalu. Po poludniu zadzwonila do mnie i powiedziala, ze lepiej będzie jak już tego dnia przyjma mnie na oddzial, bo potem może nie być miejsc. Ja nie chciałam, bo nastawilam się na nastepny dzien, zreszta wiedziałam ze i tak tego 19. żadnych badan mi nie zrobia, wiec po co mialam tam zostac. No ale dobra, pojechaliśmy na to ktg, które oczywiście nie wykazalo zadnych skurczy, potem zbadal mnie lekarz stwierdzil rozwarcie na 1,5-2 palce no i powiedział, ze woli żebym zostala już w szpitalu. Z bolem się zgodzilam, tak bardzo nie lubie szpitali… dostalam sale 2 osobowa na ktorej bylam sama, na oddziale położniczym gdzie lezaly mamusie z dzidziusiami. I bardzo się ciesze, ze nie leżałam na oddziale z blokiem porodowym gdzie normalnie lezaly przeterminowane jak ja, bo przynajmniej nie słyszałam tego wszystkiego i nie nakręcałam się…tego samego dnia wieczorem zrobili mi jeszcze usg, które wykazalo, ze z maluchem wsio ok. Nastepnego dnia rano kolo 8 obchod, tylko spytali się mnie jak się czuje i powiedzieli ze pozniej będę badana. To pozniej było dopiero ok. 13 – cale konsylium lekarskie chyba z 7 osob było przy tym badaniu… rozwarcie na 2 palce i decyzja ze nastepnego dnia rano czyli 21.08 o 6 będzie wywoływanie, nie wczesniej, bo wszystkie sale na porodowce zajete… załapałam dola, bo już się nastawialam ze jednak nastapi to 20.. No ale coż… kolo 15 przyszedl mój maz i wtedy po raz pierwszy poczulam bol w dole brzucha i bol plecow. I tak najpierw co godzine, pozniej co pol godziny. Ktg kolo 17 nic nie wykazalo, zadnych skurczy. Na obchodzie kolo 18 mowie o tych bolach, ze są co pol godz, ale lekarz się smieje, ze jeszcze niczego nie wskazuje… no wiec ok. (ten sam odbieral pozniej mój porod) Maz ponownie przyszedł do mnie wieczorem, kolo 21 te bole mialam co 20-25 minut. Moja polozna miala dyżur od 19 tego dnia. Przyszla do mnie, mowie jej o tych bolach, ale stwierdzila ze jeśli nie boli mnie gora brzucha to jeszcze nie są te właściwe skurcze. Poprosilam ja o zrobienie lewatywy (ponoc niekiedy to przyspiesza porod) po czym ona wróciła do siebie mówiąc to do zobaczenia o 6 rano na wywoływaniu. Maz wrócił do domu, ja poszlam pod prysznic a potem usiłowałam zasnąć. Kolo 23 godz. bole były już co 10-15 minut, nie mogłam zasnąć. Wyszlam na korytarz, zaczelam chodzic. Kolo polnocy bole mialam co 7 minut, polozna z położniczego stwierdzila ze idziemy na porodowke do zbadania. Poszlysmy a tam żaden lekarz nie mogl mnie zbadac, wszyscy byli zajeci. Wrócilysmy z powrotem, ja caly czas łaziłam po korytarzu, bole chwilami były już mocne, ale do zniesienia. Kolo 0.30 poszlysmy znow na porodowke, w koncu zbadala mnie lekarka, rozwarcie na 3 cm- i decyzja ze zostaje na porodowce. Przychodzi moja polozna, spisuje dane i dzwonie po meza. O 1.15 jestesmy na Sali porodowej. Najpierw ktg i wreszcie moje bole okazuja się być pieknymi skurczami do 100%. Potem ide pod prysznic, mąż masuje mi plecy, ale niewiele to pomaga, wracamy wiec na sale. Caly czas jestem podpieta pod ktg ale mogę chodzic wkolo lozka, siadac na worku sako, opierac się o lozko, kucac, co tylko chce. Mialam tez wypożyczony ze szkoly rodzenia tzw tens porodowy – takie urzadzenie z diodami które przyczepialo się na plecy na dole i w trakcie skurczu włączało się – prad działał jak masaz. Troche pomagalo, ale nie sadzilam ze te bole krzyzowe będą takie okropne. Polozna przypominala mi o oddychaniu ale i tak oddech mi przyspieszal… przy kolejnym badaniu chyba po 2 godz. było 4 cm rozwarcia. Bolalo strasznie. Lekarka chciala przebic mi pęcherz, ale moja polozna nie pozwolila, bo wtedy musiałabym już do konca na lozku lezec. No i na szczescie, bo nie wyobrazam sobie tych boli na leżaco. Dali mi pyralgin i cos rozkurczowego, dolarganu nie chciałam. Skurcze były już bardzo często, nie umialam chwilami oddychac tak bolalo… o 3.30 kolejne badanie – myślałam ze będzie gdziez 6 cm, a tu rozwarcie już na 9-10 cm! Polozna kaze mi wejsc na lozko i zaczynaja się parte. Najpierw siedziałam na lozku w kleku na czworakach i tak parlam. Raz sobie solidnie krzyknęłam, przyszedł lekarz i mowi do mnie żebym tak nie krzyczala bo mu wszystkie pacjentki wystrasze… hehe, a ja naprawde tylko raz sobie krzyknęłam;P potem parlam już w pozycji półsiedzącej. Maz mi pomagal, przypominal o oddychaniu, az bylam zdziwiona ze się nie wściekałam na niego, hehe
J No i w koncu widze glowke, po czym lekarz nacisnął mi na brzuch i wyskoczyl nasz niunius… w sumie nie wiem dlaczego nacisnął mi ten brzuch, przeciez jak glowka wyszla to już latwo reszta wyskakuje… no ale jak widac, bal się chyba ze będę krzyczec. No i o 4.20 urodził się nasz synuś
J. Połozyli mi go na brzuchu, ja z wrazenia i emocji nie umialam go dobrze chwycic… cudo nasze kochane. Maz przeciął pępowinę i zabrali go. A mnie czekalo szycie. Okazalo się ze pękla mi pochwa po lewej stronie a naciecie zrobili mi po prawej… szycie nie było miłe, ale przezylam. Potem polozna troche mnie obmyla a mnie zaczęło się robic slabo. Zmierzyla mi cisnienie – było 90 na 50. Po chwili dostalam jakas kroplowe z czyms na wzmocnienie, potem slodka herbate i mialam jesc herbatniki które mialam ze soba. Lezalam chwile na korytarzu bo nie było miejsc, w koncu położyli mnie na miejsce dziewczyny która miala rano wywoływanie porodu. Kolo 8 rano przynieśli mi malego i polozna pomogla przystawic go do piersi. Cos tam pociumkal, ale ja bylam bardzo slaba, wiec zabrali mi go.potem zrobili mi morfologie, niby nie wyszla taka zla,wiec na razie nie chcieli mi przetaczac krwi. Po poludniu przenieśli mnie na oddzial polozniczy i przywiezli naszego slodziaka. Bylam nadal bardzo slaba, nie mogłam wstac. Na szczescie ze maz był przy mnie. Wieczorem stwierdzilam, ze nie będę w stanie zajac się malym w nocy, ani wstac do niego ani go podnieść. Przyszedł lekarz i w koncu stwierdzili ze przetocza mi krew – 2 jednostki. No i tak saczyly się te dwa worki przez noc. Rano w piątek poczulam się już lepiej i zaczelam wstawac. Przywiezli mi synka i mogłam już się powoli nim zajac.
[FONT="]Generalnie Porod mialam naprawde szybki, nie spodziewalam się takiego tempa. Najgorsze z tego wszystkiego były bole krzyzowe, a potem zbyt mocne naciagniecie szwow przez lekarza… no i problemy z karmieniem w szpitalu, co niestety przeniosło się do domu… Ale sam porod mimo wszystko wspominam jako cos niezwykłego.. i ciesze się ze mialam swoja polozna, dzieki czemu czulam się bezpiecznie i nie musiałam leżeć.
Anus, czekamy na wiesci

moze jestes juz po?
moj bobas teraz spi, z karmieniem jest jakby ciut lepiej, cwiczymy wyciaganie jezyka, zeby dobrze ssal. brodawki jeszcze nie do konca wygojone, kapturkow nie chce i na razie daję golą piers. w czwartek idziemy do pediatry, zobaczymy ile maluch przybral.
buziaki dla wszystkich!
[/FONT]