Kurdeee, młody dopiero padł!!! ale jak spał dwie godziny prawie, budziłam go przed 15-stą, to co się dziwnić. Jakoś musze mu poprzekłądać te godziny, bo jak będzie zmaina czasu, to będzie zasypiał o 22-ej

no ale jak to zrobić....
Powiem szczerze, że miałam zaraz się kłaść spać, bo wczoraj znowu do 2 nad ranem nie spałam...No ale widzę, że czekacie na opowieść do mojej koleżance K., no to okkkkkk już piszę. Ale uprzedzam, że ja jestem gawędziarz (hehehe pewnie już wiecie) i nie umiem zwięzle i na temat

tak więc przygotować piwko i popcorn i zaczynamy
Opowieść tyczy się wyjazdu do ambasady. Zaczęło się jakiś miesiąc temu, kiedy poruszyłyśmy ten temat i K. wyskoczyła, że jej facet sam pojedzie i z bańki...A ja na to, żeby sobie dobrze poczytałam na ich stronie w necie, bo albo się coś zmieniło od czasu jak my byliśmy, albo znowu coś pomieszała. Ale ona, ze nieeee!!! że czytała i spoko, może być jeden rodzic. Dalej coś mi nie pasowało, bo mogłabym uwierzyć, ze ewentualnie może być jedno z rodziców, którzy mają ślub, ale już na pewno nie kiedy są bez ślubu. Ale nie dało się przekonać , wiec sprawę zostawiłam. Pomyślałam, co będę na siłę uszczęśliwiać...Ale kiedyś był taki temat na mamuśkach w uk i WSZYSTKIE pisały, że muszą być obydwoje rodzice, co tez pisze czarno na białym na ich stronie, to nie wiem co ona czytała

No i powiedziałam jej o tym , w szoku lekkim była, ze taka z niej ciapa;-) no ale ok...No i teraz od tygodnia jakoś tak- ona znowu w ciężkim szoku jak się wybierze z małym???? więc powiedziałam, ze spoko, jak przyśle koleżankę to ja mogę z nim zostać. Żeby mniej wiecej zastanowiła się o której musi wyjść z domu, co małemu spakować, czy bedzie jadł obiad, czy mleko itp. No i spoko, wyliczyła, wszystko dobrze...a wieczorem dzwoni do mnie, że ranyyyy!!!! Kasia mam na inną godzinę spotkanie niż myślałam!!! co mam teraz zrobić? noooż kuźwa.....przepakuj torbę dorzuć butlę, mleko w proszu i nic się nie dzieje. Na to ona...ahaaa noo masz rację


Mnie już lekko roztelepało. Mowię jej, posprawdzaj dobrze! upewnij się co do adresu, bo są trzy konsulaty w Londynie, sprawdz godzinę, dojazd, papiery. Ona na to...no przecież wiem hihi

A dziś od rana akcja, bo ta koleżanka mówi jej, czy ma wydrukowane potwierdzenie zabookowania spotkania (tak u nich trzeba), no a ona szok!!! nie ma oczywiście!!! na sekundzie szukanie tego w kompie, drukowanie.....uffff jesttt!!! udało się!!!! ale gdzie tam!!!! czytają na tym potwierdzeniu, a tam zupełnie inny adres niż ten gdzie mieli jechać

prawie że drugi koniec miasta

no i od poczatku dawaj szukanie na mapie, analizowananie dojazdu itp. A mały już ubrany do wyjścia od pół godziny

wreszcie wpadła do mnie z małym, z torbami i kolezenka. Ale jak ona wygłądała....no słowami nie opiszę;-) po drodze jeszcze kłócili się o to czyja to wina itp. W końcu pojechali, zmaknęłam za nim drzwi i uffffff ulga...Mały sie bawił ładnie, ale musiała go ta dziewczyna na kolanach trzymac, bo by się darł. więc sama nie dałabym rady. Za jakieś 40 min dzwoni ktoś dzwonkiem od drzwi jakby się paliło. Zlatuję na dół.....a tam Kaśka!!! purpurowa na twarzy, spocona, rozczochrana i spłakana....zapomnieli aktu urodzenia małego


była już pod domem, ale nie ma kluczy!!! jej facet został na stacji metra,a ona nawrót do domu, no ale nie ma kluczy. Podobno są u mnie...Ja szukam wszedzie, nigdzie ich nie ma, mówię jej, po co mi te klucze? musisz ty je mieć...no ale nie ma...Okazało się, ze zostawiła pod torbami z rzeczami małego!!!! biegiem do domu, akt w łapę i z powrotem na autobus, potem na metro i do urzędu. Oczywiście spóźnili się ponad 40 min, cudem ich przyjęli, bo jak byk pisze, że po 10 min spóźnieniu anulują spotkanie. Jeszcze w trakcie podróży tam, jej facet mówi do niej, zeby zadzwoniła do ambasady, ze jadą, ale się spoźnią, a ona nie mogła zadzwonić, bo wymyśłiła sobie kod do telefonu długaśny jak cholera i nie pamięta co to były za cyfry...wie, ze jakoś 9...1...0...ale nie wie po ile razy te cyfry były i w jakiej kolejności, A że to komórka jej faceta, bo swój rozwaliła...to nie przyznała mu się, ze ma taką blokadę. Ściemniła coś, że ma jedną kreskę baterii i trzyma ja jkabyśmy my dzwoniły w sparwie małego i żeby on zadzwonił ze swojego. A on na to, że jemu sie całkowicie wyładował!!!! o 10 rano już nie miał baterii, czyli nie naładował w ciągu nocy....Jezuuuu jak ona mi to opowiadała, to nie wiedziałam czy się smiać, czy płakać czy ja w dupę kopnąć na rozpęd.....
Wiecie co...ja tez jestm ciapowata czasem, roztargniona, ale u mnie jakikolwiek wyjazd jest zaplanowany co do sekundy, popakowane wszystko co potrzebne i co się może przydać. A mój eM to już w ogóle dokładniutki, skrupulatny...Nie rozumiem jak można tak funkcjonować???!!!!! no i po powrocie mówi, ze idzie do domu spać, bo ledwo żyje, jaest wykońcozna psychicznie i fizycznie.....pewnei tydzień będzie dochodzić do siebie....I ona planuje lecieć z Gabrysiem do Polski jakoś na wakacjach....nooooo ja już to widzę

;-)
Sorry, dziewczyny, wiem, że to źle o mnie świadczy, że tak ją obmawiam....ale w głowie mi się nie mieści, ze są tacy ludzie i jeszcze głów nie pogubili

a tak poza tym to całkiem fajna dziewczyna;-)

:-)
Oki, mam nadzieję, że Was nie zanudziłam;-) nie poodpisuję pewnie, bo meliska już działa, lecę do wyrka spać, póki mi się chce:-)
papa do jutra!!!!