Hej
Cóż, pisałam niedawno że w swojej pracy lubię to, że jak mam ochotę wyskoczyć sobie do zoo albo na zieloną trawkę to skaczę i już. To teraz napiszę, że w swojej pracy nie lubię tego, że jak jest zajob to nie ma że piątek, weekend czy inna niedziela, tylko się ora i labora aż piszczy.
Zdjęć wszystkich komentować nie będę, tylko się ogólnie zgodzę z Andzike - mamy na tym wątku wyjątkowo ładne dzieci.
Katrina - spóźniłam się, ale dobrze życzę okolicznościowo i Alince i Tobie - buziaki i 100 lat!
Zostawiłam małego potwora Adamowi do uśpienia - słyszę jak ryczy za ścianą, ale trudno, ja mam dość na dziś.
Dzień zaczął się od tego, że weszłam do kuchni i zobaczyłam pobojowisko - wszystko równo obsypane kakao. Najupiorniejszy pies w galaktyce zrzucił i otworzył puszkę ( a raczej, sądząc po śladach najpierw otworzył na stole, a potem zrzucił). Potem usiłowałam ogarnąć pracę i dziecko - Maks malował obraz i zbierał w ogrodzie ślimaki, dopóki mu kurteczka nie zaczęła przeciekać ( lał deszcz). Potem zażądał ciastek w kształcie ślimaków. Miałam zamrożone ciasto, więc wyjęłam, żeby trochę odmarzło. Upiorna Balbina jakimś cudem wdarła się na blat w kuchni i pożarła wielką kulę mrożonego ciasta. Ponieważ obiecałam ślimaki , to trzeba było zrobić nowe ciasto. Maks zdołał przy tym w mgnieniu oka wysypać torbę mąki na siebie i stół. Ciasto się chłodziło, zrobiłam obiad, zjedliśmy i dałabym sobie łeb uciąć , że wyrzuciłam z kuchni wszystkie psy i zamknęłam drzwi, zanim poszliśmy z Maksem do ogrodu - a właściwie do samochodu, bo on ostatnio maniakalnie siedzi w aucie. Zasiada za kierownicą, zapina pasy no i wszystko co się da przekręca i wciska. Od czasu do czasu pokazuje na stacyjkę - że jest problem, bo kluczyków nie ma...
Tak czy inaczej nie wiem jakim cudem - podejrzewam, że Balbina przenika przez ściany - ktoś zjadł cały sos serowy, który został na stole w kuchni.
A potem upiekliśmy ślimaki - musiałam walczyć z Maksem, bo chciał je jeść na surowo. A potem była awantura o barwiącą tabletkę do kąpieli, bo bachor koniecznie chciał wrzucić całe opakowanie na raz do wanny. A potem była druga awantura, bo rozpięłam mu bodziak, a on chciał sam. A potem była trzecia awantura, bo koniecznie chciał czyścić dysze od hydromasażu swoją szczotką do zębów ( mimo, że ma szczotkę specjalnie do tego przeznaczoną, bo to jedna z ulubionych zabaw kąpielowych). A teraz jest kolejna karczemna awantura, bo to ja powinnam z nim siedzieć i czytać wierszyk o żuczku który poszedł za chałupkę, na zmianę z opowiastką o myszorze który obraził się na mamę i wyprowadzał się z domu.
Generalnie staram się na niego nie wrzeszczeć. O klapsach nie ma mowy. Czasem "robię walkirię" - to nie jest wrzask, tylko specjalny głos, którego nie sposób nie usłyszeć. Maksia to bawi, ale bywa, że coś dotrze. Jak najbardziej zdarza mi się za to złapać pod pachę i wynieść. Mieliśmy system z sadzaniem za karę pod schodami, ale się zdewaluował - Maks wprost uwielbia siedzieć pod schodami. Wczoraj już musiałam jakoś zadziałać, bo biegał za Florence i kopał ją, nie reagując oczywiście na żadne prośby i tłumaczenia. W desperacji zamknęłam go w łazience. To znaczy nie całkiem zamknęłam - zostawiłam w drzwiach szparę, którą zasłoniłam własnym ciałem, i przez tą szparę prowadziliśmy dyskusję ( przeplataną rykami i kopniakami w drzwi - nie w moim wykonaniu). O tyle skuteczną, że wypuszczony po obietnicy, że nie będzie kopał Florence, pobiegł do niej i ją przytulił i pogłaskał ( inna sprawa, że kopniaki są chyba łatwiej znośne niż przytulanie, bo jak kopie to z reguły i tak nie trafia, a jak przytula... no, mi oczy ze łba wychodzą czasem, a Flo jest malutka).
Wydaje mi się, że poza oczywistymi powodami takich zachowań, związanymi z konkretnym etapem rozwoju to dużą rolę odgrywają tu problemy w porozumieniu. Próbuję się wczuć w sytuację takiego małego człowieczka - no i to jest tak, że on coś usiłuje powiedzieć, przekazać, a tu nikt go nie rozumie. Sama bym się wściekała na jego miejscu. Zakładam, że jak zacznie mówić na całego to łatwiej się będzie dogadać. Z mówieniem na razie mamy dziwnie, bo część rzeczy absolutnie podstawowych ( takich jak mleko, woda, buła) jest wciąż nazywana po maksiańsku i trzeba wiedzieć o co chodzi, żeby wiedzieć o co chodzi, a z drugiej strony pojawiają się od kopa i z perfekcyjną dykcją słowa takie jak " bawół" czy "czapla".