Opowiadałam Wam tydzień temu o moich przygodach na linii ZUS - Urząd Pracy. Jest ciąg dalszy. ZUSowi zajęło tydzień, żeby stwierdzić, że oni nie mogą wydać takiego zaświadczenia, jakiego sobie życzy Urząd Pracy. Muszę do nich pojechać, odebrać swoje papiery i znów odstać swoje w UP, żeby zrobić aferkę. ZUS twierdzi, że jeśli UP ma z tym jakiś problem to ma mnie już nie przysyłać tylko wystąpić do nich na piśmie. Przeraża mnie to wszystko. Ciekawe, ile to jeszcze będzie trwać i czy w ogóle wywalczę zasiłek. Każdy pieniążek się przyda.
Rozesłałam wczoraj kolejną porcję CV z listem motywacyjnym, tym razem już w liście jestem szczera do bólu i informuję o ciąży. Widać już po mnie, więc jeżeli komuś to przeszkadza, to lepiej, żeby wiedział o tym zanim mnie postanowi ściągnąć na rozmowę kwalifikacyjną, przeciągnie przez całe miasto a potem odeśle z kwitkiem z racji brzuszka. Na dwoje babka wróżyła. Albo moja szczerość zagra na korzyść, albo od razu moją kandydaturę skreśli. Niestety obawiam się, że nie znajdę pracodawcy, który będzie mnie chciał w ciąży. Trochę zaczynam się załamywać.