Agnieszko jestem znowu -scyzoryk mi się w kieszeni otwiera -teraz dziękuję losowi ze w chwili takiego nieszczęścia trafiłam do takiego szpitala i na takich "ludzkich" ludzi. To chodzi o fakt urodzenia martwego dziecka i o taki kwitek chodzi że urodziłaś. Jutro wszystkiego się dowiem, dam znać jak już wrócę...
Z mojego doświadczenia wiem -choć musiał minąć pierwszy szok -że zrobiłam dobrze. Pierwsza moja myśl to zapomnieć, zostawić, nie mam siły, wszyscy mówią że to płód... ale miałam chwilę wytchnienia poszłam na spacer i olśniło mnie -to moje dziecko, cieszyłam się na myśl że się urodzi... i urodziło się ale dużo za wcześnie... jak mogę je zostawić... czy zostawiłabym kogoś z rodziny?kogoś kto miał szczęście złapać choć jeden oddech na tym świecie? NIE! więc dlaczego mam zostawić swoje dziecko!
Nastawiłam się na walkę -jak moja znajoma o której wspominałam, ona walczyła 4 tygodnie -ale wszyscy mnie zrozumieli... dostałam do podpisania kartkę że nie zgadzam się na zostawienie tkanek/płodu w szpitalu. Lekarz mówił że niestety zostały tylko tkanki ale nie zaznaczyłam nic -powiedziałam Pani że nie zaznaczyłam bo nie ma tam określenia "dziecko"... nie dyskutowała, nie przekreśliła też żadnego z określeń... Później przyjechał zakład pogrzebowy, przywieźli malutką urnę i zabrali mojego dzidziusia... ten Pan który ją niósł ściskał ją tak mocno jakby się bał ze upuści... Później ksiądz pochował nasze maleństwo. A teraz czekamy na pomniczek... Jest mi tak lekko na sercu że wiem gdzie jest moje dziecko... rozklejam się...