Wiatm niedzielnie!
Kłaczek, Agniesiar, wasza dyskusja bardzo mnie poruszyła... nad wieloma sprawami zastanawiam się jak Wy i niestety, nie znajduję wyjaśnienia... Moje serce pękło wczoraj na tysiące kawałków... Od śmierci mojego Tatusia mija niedługo 3 miesiące, od odejścia mojego Aniołka minęło półtorej... Wiadomo jak to jest. Po pogrzebie setki kondolencji, telefony od bliskich, a potem inni wracają do normalnego życia, do swoich problemów. Mieszkam daleko od Mamusi, zatem wspierałysmy się częściej telefonicznie...Zatem generalnie zostałam ze wszystkim sama, bo mój P wpadł w wir pracy, ona go uspokaja. Ja też próbowałam w na pracy się koncentować, bo wydawało mi się, że będzie łatwiej, ale czerń moich ubrań przyciągała ciekawskich, prowokowała szepty, wielu bezceremonialnie pytało co się stało i dlaczego... Ból nie mijał, aż 2 tyg. po odejściu Taty, w jego urodziny - II kreski na teście! I radość i łzy... Jednak nie długo. Miesiąc później okazało się, że mojemu maleństwu nie zabiło serduszko...zabieg...modlitwy o opiekę...o odnalezienie spokoju duszy. I znów krótkotrwałe wsparcie ze strony najbliższych. Mój P znów uciekł w pracę... Nikt mnie od tamtej pory nie pyta, jak się czuję. Sama sobie próbuje wytłumaczyć, że mój Aniołek jest z Dziadkiem i bardzo mi gdzieś z góry kibicują. Tatuś bardzo kochał dzieci, miał do nich niesamowite podejście. Nie ważne czy swoje, czy obce, wszystkie właziły mu na głowę, uczył łowić ryby, pływać, grać na gitarze...Nie znam takiego drugiego człowieka! Wyobrażam sobie czasem, ( choć nie dane mi było poznać mojego dzidziusia i nie wiem jak wygląda, ale oczami wyobraźni widzę go wyraźnie), jak siedza sobie razem na malym drewnainym pomoście nad niebieskim jeziorem i śmiejąc się łowią rybki jedna za drugą i machają do mnie...
Zmierzam do tego, że właśnie sama w sobie zbieram różne emocje. Nie umiem ich wylać na zewnątrz, nakładam maske w relacji z innymi. Dlatego zaczęłam czytać forum, żeby tu poznać siebie i spróbować się uzewnetrznić. Niestety mam bardzo małe wsparcie w mężu. On jakoś inaczej to odbiera. Wczoraj mieliśmy wielka awanturę, już nie ważne o co, bo o wiele, ale przede wszystkim o to, że straciliśmy zupełnie dzieciństwo w nas, szaleństwo. Upadliśmy na dupę i to bolało i nie umiemy o tym ze soba rozmawiać. Wykrzyczałam mu, że jestem nieszczęśliwa...
Mam nadzieje wielką, że się coś zmieni, tak bardzo bym chciała... Staram się, ale nie mogę kosztem tego, żeby czuć się dobrze, zamknąć się ostatecznie w sobie, bo jeśli nie będziemy rozmawiać, to znajdę sobie młay kącik, gdzie będę tylko ja ze swoimi myślami...
Przepraszam, tak musiałam to z siebie wylać... Odpisze jeszcze troszkę innym dziewczynom, ale może wieczorem, bo teraz muszę troszkę dojść do siebie...