Ta nasz kłótnia z M i całe to wszystko to tak jak u Emy nie była tylko jego wina, chociaż u nas poszło o całkiem co innego, a zaczeło sie od zupełnie innego tematu pierdoły.
ten pieprzony strach... nie da się tak tego wszystkiego opisać
przy przed ostatniej wizycie połozna u mojego gina zapytała się mnie jak relacje z M... powiedziałam tak jak było że mam duże wsparcie w M, pocieszamy sie na wzajem itp i bardzo się do siebie zblizyliśmy. I tak naprawdę było, potem zaczeliśmy sie najwyraźniej od siebie oddalać, nie chcąc martwić jeden drugiego swoimi obawami i dołami, wydawało sie nam, że dobrze robimy. Ja popłakiwałam w kibelku lub wygadywałam się tu wam, on szukał wsparcia u kumpli a jak juz było masakrycznie źle to w piwku. Na krótką metę sie sprawdza, daje chwilową ulgę, ale .... oboje zapomnieliśmy w obawie o ta drugą osobę że jesteśmy i zawsze bylismy swoimi najlepsiejszymi przyjaciółmi... i trzeba to wszystko połączyć w całość, szukać wsparcia nie tylko u "obcych".
Ona pytała bo chciała porade dla jednego z mężów pacjentek (przeszli przez podobną traume co my) zdesperowany facet dzwonił do niej z błaganiem o pomoc. Jego kobieta chciała rozwodu by ten mógł sobie ułożyć życie z kimś innym.
Wtedy wydawało mi sie to conajmniej dziwne. A teraz dopadło nas to samo, a w dodatku obustronnie. Może to dziwacznie zabrzmi, ale dziś to rozumiem, kochasz kogoś tak bardzo chcesz żeby był szczęśliwy .... i knujesz ... głupie pomysły ... może to moja wina ... może z kimś innym udało by sie mu/jej bez problemu ... dziecko, kuźwa jak bardzo on / ona go pragnie ... "nie chcesz zmarnować mu/jej życia" .... bo czy dzieci to nie prawdziwy sens naszego istnienia?
Jasne, że tak... ale bez sensem jest budowanie takiego sensu życia w taki sposób.
Baliśmy sie tematu, ale podjeliśmy go, nie wiem czy "kwalifikujemy się" ale jeśli nie dane nam będzie mieć własnego potomstwa będziemy sie starać o adopcję.
Kolejny temat te moje endo i koszmar powtórnego łyżeczkowania jeśli sie nie oczyści do tej wizyty 17 stego. Podjeliśmy wspólną decyzję, że jeśli to nie zagrozi mojemu zdrowiu, nie poddam się zabiegowi. M. ma starcha że ja w pogoni za fasolką będę ryzykowała swoim życiem żeby przyspieszyć zmiane światła z czerwonego na zielone. Fakt niby "zwykły zabieg" ale nie trudno w nim o przebicie macicy, a co za tym idzie krwotok, usunięcie - komplikacje = narażanie życia. Zresztą sama narkoza to tez nie jest takie pstryk. Wiem wypisuję tu same czarne scenarjusze, ale jest to obraz tego czego boi się ktoś kto czeka pod zabiegowym... my o tym nie myślimy.
Wokół silnego pragnienia dziecka a ryzykowania swoim życiem, padło kolejne pytanie, na które tak bardzo M bał się usłyszeć odpowiedź... co będzie jeśli sytuacja się powtórzy... powiedziałam że nie wiem, bo naprawdę nie wiem. Bo czasami na serio myślę że lepiej by było umrzec z tym dzieciaczkiem... w chwilach najgorszych dołków. Ale dodałam a ty co odpowiedział byś lekarzowi na pytanie ratować matkę czy dziecko i poprosiłam żeby mi nie odpowiadał. To są pytania na które nie ma dobrej odpowiedzi i nie ma dobrego czy złego wyboru. W danej chwili odpowiedź dla kogoś może wydawać sie oczywista, ale gdy "już sie dzieje" może byc skrajnie inna.
Rozmowa była długaśna, pełna łez
Na pytanie co by było gdybysmy się rozstali:
M. jak to co zapił bym sie na śmierć lub coś w tym stylu
Ja: nie ukrywam że "koniec" też miałam w głowie, z tym że ja mam takie coś, że automatycznie myślę ile krzywdy innym bym taka czy inną decyzja wyrządziła
plan A: wyjechać gdzieś do krajów trzeciego świata
plan B: wyjechać za zarobkiem i uzbierać na invitro
podsumowaliśmy że nie dało by rady tak sobie wytrzymać bez siebie jeszcze w celowej rozłące z tabunem rodzinnym i gronem znajomków nad uszami, nie wskazane jeśli chodzi o wyciszenie sie i przemyslenie w spokoju swoich palnów na życie, no chyba że uciec w góry i zczaić się w jakiejś jaskini i tak se na pustelnika dumać

nad sobą i dalszym życiem.
reasumując, pogadaliśmy, popłakalismy i pośmialiśmy sie z siebie jakie z nas głupieloki, ofkorz przerosiny za ciosy słowami też były
opracowalismy se też "plan awaryjny" jeśli on czy ja będziemy czuć że wody nakapało na tyle że zacznie się wylewać jedno drugiemu o tym powie ...łatwiej tą wodę razem wypić choć może być gorzka, niż wyjść z błota jakie jej nadmiar może zrobić, bo razem możemy w nim utonąć... jeśli za wczasu nie będziemy u siebie wzajemnie szukali pomocy....
dziękuję wam kobitki za kciuki i sorki że się nie odzywałam tak długo, wczoraj mieliśmy gości i dużo telefonów smsów z pytaniami czy jest juz dobrze? itp
dziś chcieliśmy poswięcic dzionek wyłącznie dla siebie, tymbardziej że M ma dziś nockę
Ilonko wierzę że będzie dobrze i trzymam mocarnie za was kciuki &&
Ty wiesz najlepiej jaki Twój M jest i tak jak ci Emy pisała te gesty tupu bach obrączką, to prawdopodobnie tylko złość
Zarówno ty jak i twój M jesteście obecnie emocjonalnie "w strzepkach" tak jak ja i mój i jak wiele z nas, jak człowiek jest bardzo przytłoczony nie jest żadnym wstydem że po prostu pęka i nie potrafi poradzic sobie z wydaje sie "błachym" problemem bo za tym przyziemnym niestety czai się dużo większy ból... i ta dodatkowa kropla sprawia, że tonie w błocie bo poprostu już nie daje rady. My naszczęście zdjeliśmy całkowicie przed soba swoje maski bo picie wody "przez słomkę" nie zawsze jest skuteczne...
papa dobranoc wszystkim, bo jeszcze trochę i hehe M przyjdzie z roboty a ja dniówke przed kompem zaliczam
ale pościcha długaśnego walnełam ciekawe czy ktoś to wogóle przeczyta hehe papa