Witajcie dziewczynki
Właśnie napisałam epopeję o moim porodzie i zjadło mi to wszystko! Ehhh, no nic, napiszę jeszcze raz.
Tak, tak macierzyństwo pochłonęło mnie bez reszty. Dopiero teraz uzmysłowiłam sobie jak moje życie było puste, kiedy Sierściucha nie było na świecie. To niewyobrażalne że jedna mała istota zawładnie życiem matki i przewróci wszystko do góry nogami. Mały jest cudowny, śpi grzecznie w nocy, że trzeba go przez sen karmić. Na początku były problemy z kolkami, jednak po zmianie mleczka wszystko się uspokoiło. Mały bardzo lubi ssać cycusia i żadna butelka nie jest w stanie go aż tak zainteresować. Jednak karmienie to bardzo fajna sprawa, mimo całego bólu brodawek. On uwielbia przy nim zasypiać i to jego ulubiona forma usypiania na noc. Za to kąpiel to już egzorcyzmy, bardzo jej nie lubi i musi odbywać się bardzo krótko. U mnie mleka więcej, jednak nie jestem w stanie wykarmić małego bez użycia mleka modyfikowanego. Wczoraj byliśmy na wizycie u pediatry i Wiktor waży już 3700 g (9 dni), a w dniu wypisu (2 dni) miał 3225 g (spadek z 3450 g podczas porodu).
Teraz coś o porodzie. Kiedyś była dyskusja na temat mężów podczas porodu. Ja byłam szczęśliwa że mój był ze mną. Do ostatniej chwili nie denerwowałam się, za to po wejściu na salę operacyjną wszystko się zmieniło. Przygotowano mnie do znieczulenia a do mnie doszło co za chwilę będzie się działo. Wygląd aparatury, lekarze i położne w uniformach wywołały nie lada strach u mnie i z twardej baby zmieniłam się w małe dziecko. Puls zaczął rosnąć coraz bardziej i bardziej.... pocieszenia ze strony położnej i anastezjologa wiele nie pomogły. Po znieczuleniu na salę wszedł mój mąż i było mi o wiele łatwiej. Tak jak pisała mi
elleni na pw, znieczulenie było dość sympatyczne i czułam tylko ciepło rozchodzące się po tyłku i nogach. Położyli mnie na stole (wcześniej siedziałam do znieczulenia), powiesili parawan, mój mąż usiadł koło mnie i zaczął mnie głaskać po twarzy. Moja doktor podeszła, przywitała się i się zaczęło. 15 minut od mojego wejścia mały przyszedł na świat. To było cudowne, przez ciszę na sali i ciche rozmowy lekarzy nagle rozniósł się płacz mojego syna. Oj płucka to on ma dobre. Jak to usłyszałam nie mogłam już opanować łez i płakałam razem z nim. Usłyszałam tylko wagę, wzrost i powiedziano do mojego męża że może podejść do dziecka jak jest badany. Zdjęcia też mógł robić. Potem wrócił do mnie i zaraz położna przyniosła dziecko. I nagle coś co było wirtualne przez całą ciąże okazało się czymś prawdziwym, z krwi i kości. Położna podała dziecko mojemu mężowi, a ten przytrzymywał młodego przy mojej twarzy. Jego ciepłe ciałko, donośny płacz, cienkie jak patyczki rączki i wielkie usteczka podczas płaczu... O Boże to był najpiękniejszy moment tak jak pisała do mnie
pingwinek. Zaczęłam do synusia mówić i młody zaczął się uspokajać coraz bardziej. Miałam go długo przy twarzy. Potem zabrali go, a pediatra opisała mi stan dziecka. Potem się zaczęły problemy. Ja mam od urodzenia problemy z krzepliwością krwi, mimo że badania nic nie pokazują to mam problemy podczas krwawień. Moja doktor była na to przygotowana i już przed zabiegiem zadecydowała o podaniu leków na obkurczanie macicy. I właśnie cesarka i te leki uratowały mi macicę a może nawet życie. Jeżeli zdecydowaliby się na sn w moim przypadku to opanowanie krwawienia i tak zakończyłoby się zabiegiem i nie wiadomo czy w sytuacji ratowania życia nie wycieliby mi macicy. I jestem bardzo wdzięczna mojej doktor, że tak starannie wszystko zaplanowała że oboje wyszliśmy z zabiegu cało i zdrowo. Cesarka trwała coś koło 1,5 h z czego większość pochłonęło tamowanie krwawienia. Ja po zabraniu małego zaczęłam tracić przytomność, ciśnienie drastycznie spadało, a w głosie mojej doktor słychać było zaniepokojenie. Mój mąż był nie lada wystraszony stanem i cały czas starał się mnie trzymać w stanie świadomości. Zadawał pytania, a ja byłam tak wkurzona na niego bo chciałam spać. Anastezjolog i położna na zmianę biegali przy mnie, podawali coraz to inne kroplówki, a ja wszystko pamiętam jak przez mgłę. Jedynie nieprzyjemne było uczucie ucisku na klatce piersiowej. Spowodowane było wysokim położeniem ciąży i potrzebą znieczulenia wyżej do zabiegu. To było bardzo niesympatyczne, miałam wrażenie że się duszę. Obudziłam się pod koniec zabiegu i usłyszałam tylko od anastezjologa, że już się stabilizuję i zaczynam nabierać kolorków. Mąż był cały czas ze mną i zrobił mi na pamiątkę zdjęcie jak mały był przytulony do mnie.
Potem zabrali mnie na salę pooperacyjną i nastąpił kryzys. Znieczulenie zaczęło odpuszczać z brzucha (nogi nadal były znieczulone) a leki przeciwbólowe w kroplówce jeszcze nie działały dostatecznie dobrze. Do mnie podchodzili cały czas lekarze i naciskali na brzuch (i to było barrrrdzo bolesne) i sprawdzali czy nie krwawię. Gdzieś po godzinie jeden z lekarzy stwierdził, że nie będzie trzeba przetaczać krwi. Telefon miałam położony obok i pierwszy telefon był do męża. Zapytałam się czy był już u syncia na noworodkach i jak mały się czuje. Wiktorek wygrzewał się pod lampami. Po 4 godzinach zabrali mnie na położnictwo. To był kolejny świetny moment kiedy na salę zostałam wwieziona, a za mną przywieźli młodego i wszedł mój mąż. Wiktorka nagiego włożyli mi za koszulę, a on szukał cycusia. Mąż zrobił też zdjęcie tej chwili. Usiadł przy mnie i wtedy poczułam, że jesteśmy prawdziwą, pełną rodziną. Mały długo był przytulony do mnie, skóra do skóry, ssał sobie siarę, a ja ze szczęścia unosiłam się gdzieś tam wysoko. Uczucie nie do opisania. Na samą myśl kręcą mi się łzy w oczach.
Przez cały pobyt w szpitalu moja dr czuwała nade mną. Położne nawet nie wyjęły cewnika bez jej zgody i dzwoniły w nocy do niej do domu by dowiedzieć się czy mogą zrobić to czy tamto. Codziennie zaglądała do nas, tłumaczyła co i jak było podczas zabiegu, jaki jest stan i co mnie jeszcze czeka. Lepszego lekarza prowadzącego co sprawowałby taką opiekę nie mogłam sobie nawet wyobrazić. Jestem jej ogromnie wdzięczna i nie wyobrażam sobie innego lekarza na przyszłą ciążę.
Całe nasze starania, ból porażek, strach w ciąży a to o szyjkę, krwiak, małe powikłania podczas porodu – nic mnie nie odstraszyło przed kolejną ciążą, baaaa nawet marzę już o trójce dzieci. Macierzyństwo jest cudowne, mogłabym całymi godzinami wpatrywać się w mój cud i wycałować każdy milimetr jego pachnącego mlekiem ciałka. Każda sekunda bez niego to wieczność, każda godzina z nim to sekunda.
Jeśli chodzi o powrót do formy to z całą pewnością jestem w 100% sprawna. Kryzys był w 3 i 4 dobie kiedy wypisano mnie bez prochów przeciwbólowych do domu, a ja nie chciałam nic brać. Jednak w sobotę ból się uspokoił i był do zniesienia, a od poniedziałku fruwam bez najmniejszych problemów. Dzisiaj byliśmy już na 4 km spacerze i czuję się świetnie.
Martaczi – jak wyprawka? Pewnie szaleństwo zakupowe w pełni?
Elleni – gratuluję córeczki
Szyszka – spóźnione ale szczere gratulacje z okazji studniówki. A mój małżonek nie zjadł wszystkiego tylko większość pomroził. Mam wrażenie że zapomniał o jedzeniu z tego wszystkiego
Alleksandretta – ja też zdecydowałam się na sesję noworodkową i w ta niedziele przyjeżdża do mnie fotograf. Zdecydowaliśmy się aby była w domu, bo będzie to bardziej przyjazne otoczenie dla małego. A Ty kochana jak się czujesz? Jak malutki? Śpi w nocy? Masz dużo mleczka czy dokarmiasz?
Fusun – cały czas trzymam kciuki za Waszą trójeczkę i wiem, że po chwilach ciężkich przychodzi słoneczko i los się uśmiecha do nas. Tak będzie u Ciebie. Zobacz ile już za Tobą, tyle prób, pełnych procedur i w końcu cud, podwójny cud. Tak samo teraz – problemy z szyjką, pęknięty pęcherz płodowy, ale i tak będzie cud i za parę miesięcy przywitasz swoje dziewuszki na świecie bezpieczne i zdrowe.
mazenka - już przed świętami poznasz córeczkę. Jak się czujesz jako liderka na liście?
Dziewczynki mam dwa pytanka:
1. Kiedy odpadał pępuszek u Waszych dzieciaczków?
2. Czy miałyście problem z ropiejącymi oczkami? Co robiłyście? Ja zastanawiam się nad wizytą u okulisty.
A teraz ku pokrzepieniu serc – mój cud na pierwszym spacerku w kocyku i czapeczce od cioci
pingwinek.
Zobacz załącznik 616146
Miłego wieczoru, ja uciekam do mojego szczęścia, które upomina się już o swoje jedzonko.