Ja miałam łącznie 4 koszule, ale 2 przy sobie. Mąż prał i codziennie mi wymieniał. Ja urodziłam w okropne upały, więc schodziły mi 2-3 dziennie. W założeniu miałam mieć jedną na dzień.
Ja miałam 4 body plus polspiochy i 3 pajacyki. W domu miałam spakowane w woreczkach i opisane rzeczy na wymianę dla dziecka, mąż tylko donosił. Nie pamiętam ile tych kompletów doniósł, ale trochę tak, bo czasem coś wyciekło poza pieluszkę. Dla Małej miałam mały bepanthen do pupy, mokre chusteczki i jeszcze podkłady higieniczne (u mnie w szpitalu tego nie zapewniali), które użyłam żeby położyć przy przewijaniu dziecka na przewijaku. Mąż donosił mi pieluchy i podkłady poporodowe (nie było u mnie tego w szpitalu, a jedno opakowanie było niewystarczające).
Dla Małej miałam jeszcze butelkę, bo w razie braku pokarmu nie chciałam żeby dano jej taką szpitalną, z której szybko leci i żeby nie chciała później piersi. Dla siebie miałam laktator, mi się akurat przydał od razu do rozkręcania laktacji.
Przy sobie miałam rożek, pieluszki tetrowe, kocyk.