Przepraszam, że dopiero piszę, ale cały dzień był na nogach i dopiero mam dostęp do lapka (a z telefonu nie mogę się zalogować na forum, żeby cokolwiek napisać).
Akcja SZPITAL: rano robiłam wyniki wątrobowe (miałam zrobić dopiero po miesiącu, przed wizytą, ale coś mnie podkusiło i zrobiłam teraz, po 2 tygodniach). Okazało się, że wynik jest jeszcze wyższy niż za pierwszym razem (mimo piguł). Jako, że jestem w Ostródzie - zadzwoniłam do swojej gin. A ta od razu powiedziała, że mam iść na oddział i nawet nie wybierać się do Giżycka, bo to nie ma sensu (skoro za niedługo znów będę tu jechać i tu zostaję rodzić). Miałam tylko znaleźć lekarza, który przeanalizuje wyniki i ewentualnie wypisze mi skierowanie na oddział (żeby nie było, że skoro ciąża jest prowadzona gdzie indziej, to do szpitala proszę tam). Dziś w poradni na NFZ mogłabym ewentualnie dostać się do pożal się Boże lekarza (
Paulunia - jeszcze lepszy agent niż nasi), więc koleżanki dały mi namiar na takiego, co przyjmuje jutro (prywatny telefon i w ogóle). Aro stwierdził, że nawet rano się wybierzemy powtórzyć wynik i popołudniu do lekarza. Ale stwierdziłam, że przecież na oddziale musi jakiś lekarz mieć dyżur i pójdziemy do niego zapytać (przy okazji zobaczę salę porodową i wypytam co i jak z porodem). Tam lekarz bardzo sympatyczny wyjaśnił, że spokojnie z takim wynikiem mogę sobie zostać w domu, że puki wynik jest dwucyfrowy to nie jest tak źle (na oddziale właśnie leży dziewczyna, która ALAT ma 500 tych jakiś tam jednostek). Mam dalej przyjmować to co dostałam, mogę ewentualnie zamienić na Hepatil (ale oba specyfiki działają podobnie i są dobre) i kontrolować poziom ALAt i ASPAT (co tydzień zrobić badanie). Jeśli wzrośnie do trzycyfrówki, wtedy zaprasza na odział. Tak więc nie muszę się kłaść - i dobrze, bo teraz czeka mnie troszkę jeszcze roboty z przygotowaniami rzeczy do "przeprowadzki".
Być może jutro mimo wszystko wybierzemy się do tego tutejszego lekarza, ale już na spokojnie, żeby się tylko skonsultować. Aro się wściekł za te wyniki, zjechał mnie, że o siebie nie dbam i przejął panowanie nad moją dietą (mówię Wam - sadysta).
Butów nie kupiłam - bo akurat takich nie było. Ale spoko, jest w czym chodzić. Zajrzeliśmy dziś do komisów i chyba upatrzyliśmy sobie samochód (jeszcze Aro ma się wybrać z jakimś znajomym mechanikiem, żeby ocenił, bo dziwnie tanie autko). Po całym dniu załatwiania różnych spraw na koniec mieliśmy miłą niespodziankę.
Umówiliśmy się ze znajomymi, ale że ja nie mogłam w lokalu nic zjeść (według Ara nic się nie nadawało), więc spotkanie przenieśliśmy do nich. Wchodzimy do pokoju, a tam ... na stole leżą dwa malutkie buciki i test ciążowy - wyraźnie pozytywny... I tak staliśmy się pierwszymi, którzy się dowiedzieli, że powiększy im się rodzina! (dziś kumpela zrobiła test i bucikami "poinformowała" przyszłego Tatę

). Super, bo Tatuś już się nie mógł doczekać :-)
Ech, czas się położyć, bo Mikołaj już mnie goni do łóżka. Dobranoc Dziewczyny. Do dziś w późniejszych godzinach
