To ja tylko na moment, w sumie - żeby się pożalić.
Byłam u lekarza, a o czym na wątku wizytowym - co prawda nie był to ginekolog, ale lekarz to lekarz.
Czuję się jakby mnie czołg przejechał. I pomału tracę nadzieję, że mi to choróbsko szybko przejdzie, bo powtarza się historia z lutego, kiedy chorowałam 2 miesiące, będąc - według lekarzy - okazem zdrowia.
Do tego wkurza mnie okropnie mój Brat. Nie rozmawiałam z nim, ale z Mamą, która mówi, że Brat cały czas (niby w dobrej wierze) przekonuje ją, żeby mnie namówiła na załatwienie sobie cesarki. Bo po co mam męczyć swoje dziecko i siebie porodem naturalnym? Kurde... Jak coś jest naturalne, to jest chyba lepsze od operacji, tak??? Inaczej już dawno robiliby wszystkim kobietom w ciąży cesarki - krócej by trwały porody i może nie byłoby takiego tłoku w szpitalach.
Brat załatwia swojej żonie już drugą cesarkę (bo jest w drugiej ciąży) i mam wrażenie, że wolałby, żebym ja też tak urodziła, żeby nie było, że Bratowa jest "gorsza". Ale to nie moja wina, że ona się okropnie boi bólu (całe życie jedzie na ketonalu jak tylko cokolwiek ją zaboli). Niech mi nie wmawiają cesarki, mówiąc, że to by było lepsze dla mojego dziecka.
Jedyne pozytywy dzisiejszego dnia:
- odebrałam wyniki VDRL i HBS (ujemne, więc ok) i elektrolitów i układu krzepnięcia (wszystko w środku skali)
- czekam na wyniki paciorkowca
- Mąż pytał w szpitalu jak to jest z porodami rodzinnymi i przyjęciem na oddział i powiedzieli mu, że jak tylko się coś zacznie, to mamy przyjechać, na pewno będzie wolna sala i że poród rodzinny to dla nich standard, więc nie ma opcji, żeby nie mógł ze mną zostać - więc spokój...