przyszedł czas na mnie, żeby się trochę wyżalić. dopiero co mówiłam słomianej wdowie, że ma się postarać nie stresować a teraz sama rycze. chyba powoli sobie nie daje rady z tym, że męża tu nie ma i właśnie się z nim pokłóciłam przez telefon. niby się stara i wiem o tym ale czasami to jak taki tępy burak nie pojmuje co ja teraz czuje. a ja się kłócić z nim nie znosze. zresztą u nas wszyscy się dziwili, że my tacy zgrani, że przez dwa lata np. nie zaliczyliśmy żadnej sprzeczki, a teraz tak na odległość to każdy się wkurza o byle drobiazg i mu powiedziałam, że do końca sierpnia tak nie wytrzymam. a on tylko widzi to, że będzie się musiał w irlandii wszędzie tłumaczyć jak się zdecyduje wcześniej zjechać. a przecież to chyba powinno zejść na drugi plan w tym momencie :-(
no to kończe smutasowego posta. przynajmniej się wygadałam. mam nadzieję, że u was dzień mija spokojnie :-)