Tak dzisiaj czytam Was sobie i czytam.
Ha i ja muszę wtrącic swoje 3 grosze apropos ludzkiej epatii, wyczucia i takich tam.
U nas leczenie przed ivf trwało rok. Różnego rodzaju specyfikami lekarz chciał poprawic wyniki mojego męża. Okazało się że wszystko na nic. W październiku ub roku usłyszałam - dla mnie przynajmniej - wyrok IN VITRO. Zaryczana wyszłam z kliniki, nawet nie wiem jak dojechałam do domu...ale to nic.
Od 10 lat jestem z moim T. przypadkiem dowiedzieliśmy się że moja teściowa wiedziała, że będzie problem z dzieciątkiem. Dacie wiarę, że przez tyle lat nie miał czasu mi o tym powiedziec?!
To nic, dalej.
W listopadzie powiedzieliśmy teściom, że czeka nas ivf innej opcji już nie mamy. O dziwo reakcje było ok, wielkie zapewnienia o pomocy itd oczywiście tylko w gębie.
Po czym przyszedł grudzień, święta. Co zrobiła moja teściowa...na wigilii byliśmy my, szwagier, jego dziewczyna, no a jak była ona to teściowa zaprosił i jej matkę, a a jak ją to i jej siostrę dziewczyny, która na początku m-ca urodziła dziecko. Więc rozumiecie, nie mogłam pogodzic się z ivf to zafundowano mi zaj****** święta z obcymi ludź i noworodkiem. Pół wigilii przeryczałam, święta miałam do dupy i taki był tego efekt.
Przez cały rok oglądałam jak to się teściowa fascynuje obcym dzieckiem, a nas i nasze sprawy ma gdzieś.
Zbliżałą się wielkanoc i co słyszę...wiesz, może zrobiłabym u siebie chrzściny w święta, bo one przecież mają małe mieszkanie...krew mnie zalała od razu. Odpowiedziałam grzecznie, że wporządku ale nas nie będzie. Kolejnych świąt nie pozwolę sobie spieprzyc.
Na jesieni siedzimy w 6 przy stole, teściowa zrobiła jakiś tort...i na bezczelnego mówi do dziewczyny szwagra, że może właśnie taki zrobi na roczek tego dzieciaka...i siedzę jak debil i słucham jak obie się ku*** zachwycają...
Później, jak byliśmy po 3 podejściu, wiedziała o tym tylko moja ciocia, której pół roku ryczałam w rękaw, a ona biedna mnie tak znosiła.
Jak byłam w 11 tc to powiedzieliśmy teściom. Przy nas wielka radośc ojeju...a za plecami pieprzy, ze nam współczóje...nosz ku*** jak tak można?!?!?!
Najlepsze w tym wszystkim, że teściowa to taka zagorzała katoliczka. Co rusz do kościółka, umoralnianie innych i takie tam.
Moja rodzina za kilkoma wyjątkami nie wiem skąd więła się ciąża i się nie dowie. Ale wszyscy równo się cieszą. Chwilami mam wrażenie,że nawet bardziej niż my sami.
Dalsza rodzina mojego męża też się bardzo cieszy. Tylko ta która oszukiwała mnie tyle lat ma do nas wiecznie jakieś "ale".
I wiecie, może źle to zabrzmi...ale czekam tylko na komentarz, że nie podoba jej się skąd wzięły się nasze maluchy, a pzysięgam, że wtedy już nie wytrzymam i ją zniszczę.