Witajcie dziewczynki
Wczorajsze święto natchnęło mnie trochę. Owszem było trochę łez ale i pozbierałam się do końca. Dużo myśleliśmy z mężem co dalej. Mój M stwierdził, że nie ma sensu, bo nie chce mnie zabierać z novum po kolejnej nieudanej próbie prosto do szpitala w Tworkach. Powiedział, że jak ja posypię się psychicznie to on straci swój cel w życiu, bo jestem jego największym darem od losu. Aż się popłakałam jak usłyszałam te słowa.
W miniony piątek byłam w novum żeby się zrzec zarodków, ale jednak tego nie zrobiłam. Byłam za to na wizycie u mojej dr. Poważna rozmowa, bardzo poważna. Trwała chyba z 40 min (oj dr miała poważne opóźnienie z pacjentami przeze mnie). Zapytałam jakie miałaby plany względem mnie. Usłyszałam, że diphereline odpada, boi się że zareaguje odwrotnie i będę miała jeszcze gorsze endometrium. Doszłyśmy do wniosku, że płukanie jamy macicy czynnikiem wzrostu będzie najodpowiedniejsze. Podczas pierwszego crio miałam właśnie tą kurację i mimo, że endometrium było nadal takie same to do ciąży biochemicznej doszło. W żartach zaczęłam się śmiać, że może czynnik "zmiękcza" moje endomertium i zarodkom łatwiej....dr poszła też w żart, że pewnie po czynniku wzrostu zarodki szybciej się rozwijały

.
Niczego nowego już się nie wymyśli. Znów byłby estrofem 4x1, dopiero od 5 dc systen 50 dodatkowo (taka zmiana, bo zawsze miałam od 1 dc). Dr poszła do embriologów i doszli do wniosku, że odmrożą wszystkie zarodki, podrosną do blastocysty i jeśli choć jeden przestanie się rozwijać, to resztę podadzą mi. Oczywiście wcisnęłam też swoje 5 groszy, że już tym razem miało być 3 zarodki, a w dniu transferu wszyscy przyglądali się mi jak wariatce bo o niczym nie wiedzieli, a laboratorium odmroziło tylko dwa zarodki. Dr zapewniła mnie, że tym razem przypilnuje, aby teraz było względem naszego planu a nie planu laboratorium.
Zapytałam się wprost też dlaczego 4x3 luteiny wszystkim, przecież to nie czasy prl że wszystkim po równo. Otrzymałam odpowiedź, że to wynika z jakiś badań, że standardowej kobiecie to wystarczy. Spojrzałam się wzrokiem mordercy na dr i spytałam czy ja wyglądam na standardową kobietę? Powiedziałam też jakie dawki przyjmowałam i przy jakich miałam dane wyniki. Mimo, że spodziewałam się jakiejś postawy sceptycznej względem mnie, to dr powiedziała, że robiłam to w dobrej mierze i na pewno nie zaszkodziłam. Przy ewentualnej kolejnej próbie dostałabym na samym początku 20 tabl luteiny (z czego 12 na NFZ, 8 na 100%). Powiedziałam dr, że nawet jakby mi wszystko przepisała na 100% to tez bym nie grymasiła, bo o wiele większą kasę tutaj zostawiam i przez jakąś luteinę na pewno nie zbankrutuje.
Mam zrobić jeszcze raz TSH, FT3 i FT4. Mimo, że mam TSH z poprzedniego badania 2,6 to anty TPO i anty TG są w normie i nie widzi wskazań do euthyroxu. Ale mam powtórzyć w razie czego. Druga sprawa to diabetolog, który może troszkę bardziej wyreguluje mnie.
I teraz mam czas do myślenia co dalej. Jakoś nie przekonuje mnie kolejne podejście w stylu poprzednich. Ale też przecież nic nowego nie ma. Sama już nie wiem co dalej robić, póki co postanowiłam się troszkę jeszcze zregenerować i może dodatkowo pójdę na badanka i do diabetologa. Tylko, że powinnam znów wywołać cykl przed tym wszystkim. Ehhhh, ciężka decyzja i na pewno nie jest to czas na nią. Tylko boję się jednej rzeczy...jak znów się nie uda, to będę musiała i tak podejść do kolejnej procedury w przypadku jakby się siostra zdecydowała. Bo przecież zarodków już nie będzie. I to jest poważny minus tego wszystkiego.
Ehhhh, za dużo niewiadomych i z nikąd żadnej wskazówki co będzie najlepsze....A póki co remont w toku i znów użeranie się z budowlańcami.....brrrrr jak ja tego nie cierpię....