Witajcie, dziś też nockę spedzam w domu z Zosią śpi tatuś, dużo pracuje to chociaż z małą chce pospać:-)
W tych trudnych chwilach widzę jaki skarb poślubiłam!!!
Zosia dziś tryskała energią! pluła na wszystko i robiła maslane oczka do każdego.
W szpitalu nauczyła się nie bać innych, teraz wszystkich zaczepia, a jak ktoś na nią nie spojrzy to warczy:-)
Dostała dziś mikołajkowy prezent od cioci (mam ich trochę w domu ale zanoszę jej po jednym co kilka dni żeby się szybko nie znudziła), Kostkę z puzzli piankowych, ale z tym szalała, gryzła, rzucała... Szkoda że ona tak rzuca wszystkim bo potem muszę wszystko dezynfekować śmierdzącym płynem szpitalnym. Chyba zainwestuję w taki w aerozolu z apteki, mamy mówią że drogi jest ale do miśków idealny.
Mało spała w ciągu dnia, więc myślałam że po myciu szybko zaśnie i tatusiowi da odpocząć ale gdzie tam! Jak tylko przyjechał z pracy to dopiero zaczęła szaleć, nasza córeczka tatusia!
Najgorsze jest dla nas mycie. Kąpać jej nie mogę żeby nie zmoczyć browiaka i jeszcze świeżych ran po zabiegu. Więc męczę się myjką, choć jutro chyba zmienię to na gąbkę. Jedną ręką muszę jej ciągle trzymać coś na brzuszku żeby nie pociągneła za "ogonek" strach myśleć co by było gdyby sobie wyrwała to dojście centralne do głównej żyły!!! Dlatego nie cierpie tego mycia ale trzeba bo chemia i przez skórę wychodzi, o czym już się przekonałam. Pojawiły jej się odparzenia w pieluszce, czego nigdy nie miała, a przewijam ją baardzo często bo i w moczu jest ta chemia. Wszędzie gdzie miała wcześniej plastry ( a było ich dużo) teraz ma czerwone plamy, najgorsza jest rana na ramieniu, miała tam jeszcze plaster po zabiegu i się mocno odparzył, aż ropa była. Teraz założyły nam "ciocie" nowy, malutki i oddychający. Dużo ją smaruję kremem wszędzie gdzie się da. Na twarzy też wystarczy że mocniej smoka dociśnie i już czerwone i trochę pajączków jej się porobiło ale to już chyba po tych wszystkich przetoczeniach krwi. Jednym słowem nie jest tak źle, oby nie było gorzej to da się wytrzymać to leczenie. Trochę mało dziś sikała w porównaniu z tym co jadła (prowadzimy dokładny bilans wszystkiego co połknie i odda) ale to najwyżej dostanie jutro lekarstwo na siusiu i znowu mi zaleje całe łóżeczko jak kilka dni temu a pielucha będzie ważyła blisko pół kg:-) Zauważyłam że smak jej się zmienia, mleko samo już się nie nadaje do spożycia, tylko z dodatkiem owoców lub kaszki smakowej ryżowej, a najlepiej sama kaszka mleczno ryżowa bez kombinowania i zupki jej zasamakowały:-) Niestety tylko te dla najmłodszych, takie po 6 miesiącu są ble, a najlepsze jak babcia ugotuje! No i soczki! Daję jej tylko te gęste bobo fruit z marchewką, jak nie chce czasem jeść to soku i tak nie odmówi a takim gęstym przynajmniej się zasyci trochę.
Tak coś luknęłam że zakupy świąteczne robicie, my swiąt nie planujemy żadnych a prezenty kupimy w szpitalu, 14 i 15 ma kiermasz świąteczny upominków wykonanych przez dzieci. Myślę że się najbliżsi nie pogniewają jak dostaną zamiast kosmetyków ręcznie robionego aniołka czy bombkę:-)
To chyba wystarczy tego opisywania co u nas. Sory że takie pierdoły opisuję ale gdzieś muszę mówić i o takich szczegółach bo ciągłe rozmowy z typu, jak się trzymacie? będzie dobrze! jestem z wami! o Boże jak a tragedia! itd... mnie dobijają, rozumiej raz się mówi coś takiego żeby wyrazić emocje ale wiecie jak codziennie dostaję smsy od znajmych tej samej treści i telefony od bliskich z głosem pełnym płaczu to mnie jakoś nie podnoszą na duchu, wręcz utwierdzają w tym że jesteśmy w beznadziejnej sytuacji. Jest jak jest, trzeba teraz żyć inaczej, najlepiej jak się da, teraz mamy drugi dom w szpitalu i można się do tego przyzwyczaić, szczególnie że po Zosi choroby aż tak nie widać:-)
Dobra kończę, wygadałam się (wypisałam) i mi lepiej:-)