Dziś rano moja mama przyszła do mnie do pokoju zapytać czy śpi ze mną nasz kot, jest niewychodzacy, bo od rana nie mogła go namierzyć a on zawsze jak tylko usłyszał że nie śpi to ją dręczył o śniadanie, zaczęłyśmy go szukać, w domu cisza... poszłyśmy na podwórko i już po wyjściu zauważyłam że jest źle, bo trafiłam na kulkę futerka... wieczorem musiał jakoś wymknąć się do werandy i nasz pies go wpuścił na dwór, a tam niestety spotkał się z psami mojej ciotki... mama go znalazła :'( :'( :'( obie teraz chodzimy po domu i ryczymy, ja już nie mogę sobie z tym poradzić, był z nami 4 lata, traktowaliśmy go jak członka rodziny... jest mi tak źle... strasznie boli mnie w klatce i mam jakąś duszność... czekam jak mąż wróci z pracy. Może pomyślcie że jestem jakaś nienormalna, że tak rozpaczam za kotem, ale jestem do niego bardzo przywiązana, już rozmyślałam jak to będzie jak pojawi się mały, przeprowadzimy się do nowego domu a wystarczyła chwila i go już nie ma :'( jeszcze dobija mnie to, że wieczorem nie zwróciłam uwagi że go nie ma, ale on czasami potrafil i w lazience na kuwecie zasnąć, ale że mnie coś nie tknęło, że nie miałam jakichś przeczuć :'(