no to się zebrałam do pisania

chłopaki wykąpani i najedzeni już śpią więc mam chwilkę czasu
Otóż pobyt na patologii (3 tygodniowy) wspominam nawet dobrze ... pomijam to, że mogłam wstawać tylko do WC a kroplówka była ze mną nierozłączna. 24.09. czyli w przed dzień WIELKIEGO DNIA bardzo późno podłączyli mi ktg. Siostra podłączyła mnie tylko pod 1 sprzęt ... skurcze dawały o sobie znać ... regularnie co 5 minut 80-90. O 7.00 rano przyszedł jeden z moich lekarzy. Powiedział, że mam być na czczo i będę miała badania ... (nie chciał mnie dodatkowo stresować). O 9.00 na dużym obchodzie moja sytuacja została do decyzji szefa, czyli ordynatora a zarazem mojego lekarza prowadzącego który akurat w tym czasie był na urlopie. Parę minut później przychodzi lekarz daje mi kwit do podpisania o wyrażenie zgody na cc. Potem było ekspresowo czyli golenie, założenie cewnika i sru na stół operacyjny. Trawało to jakieś 10 minut. Potem już dłuższe oczekiwanie na anestezjologa. Jeden z moich lekarzy prowadzących rozbrajał mnie śmiechem na stole ... potem znieczulenie (nic nie bolało - a tego bałam się najbardziej!!!!) i słyszę tylko przeraźliwy a zarazem najpiękniejszy krzyk .... krzyk mojego dziecka, po chwili kolejny jeszcze bardziej głośniejszy. Łzy same leciały po policzkach. Płakałam a siosstry szybko zabrały moje dzieci do inkubatora i pojechały na patologię aseptyczną. Ból po cc był nie do zniesienia, a moje myśli były tylko co z moimi dziećmi ... Marcin o 13.00 był już z maluchami. Następnego dnia moje pierwsze bardzo chwiejne kroki były do moich dzieci. Szłam z kroplówką mocno trzymając się położnej. Nie mogłam zostać długo ... z neonatologiem porozmawiałam o stanie zdrowia moich maluchów. Uspokoiło mnie to, że z maluchami wszystko jak najbardziej wsporządku. Są silne i zdrowe pomimo urodzenia w 35tc. Przenieśli moje dzieci na patologię noworodka a tam mogłam dochodzić o każdej poże dnia i nocy - Marcin zresztą też. Strasznie źle się czułam po cc ... byłam na kroplówkach wzmacniających i przeciwbólowych, nie mogłam wstać z łóżka ... moje dzieci spędziły w inkubatorach 5 dni. W 4 dobie idąc w bólu prawie na kolanach do moich dzieci zauważyłam siostrę roześmianą i plotkującą przy stolikach dla odwiedzających. Przyszłam i prawie zemdlałam widząc stan moich dzieci. Oskarek był na bezdechu. Sprzęt do którego był podłączony ryczał na cały oddział, ale siostra nie mogła go słyszeć skoro była zajęta zabawianiem swojej koleżanki. Zrobiłam raban na cały oddział! Siostrę, która na tym oddziale powinna być przy moich dzieciach 24/24h zjechałam jak psa!!! Nikomu nie życzę widoku własnego dziecka, które robi się granatowe i przestaje oddychać a siostra z uśmiechem na twarzy tłumaczy się, że ona właśnie spotkała koleżankę sprzed lat !!! Rozmawiając z przełożoną oddziałową tej że siostry powiedziałam że sobie nie życzę, żeby ta kobieta była jeszcze kiedykolwiek przy moich dzieciach. Dowiedziałam się, że bezdech miał też Olivierek. Byłam załamana ... depresja ... mało powiedziane!!! Wszystko widziałam w czarnych barwach. Bałam się iść do moich dzieci ... bałam się, że ... że już ich TAM nie ma ... To była 4 doba po cc. Ja czułam się jeszcze gorzej niż w 1 dobie. Nie dość tego miałam nawał pokarmu ... nie radziłam sobie ze ściąganiem i defakto porobiły mi się ogromne guzy. Lekarz zaaplikował mi 3 bromergony ... siostra okłady z kapusty i picie szałwii. Donosiłam w bólach pokarm do dzieci - w dzień i w nocy. W 5 dobie dzieci zostały wyjęte z inkubatorów, wyniki były bardzo dobre, gazometria też, bezdechy się nie powtórzyły. Były w łóżeczkach na patologii. Siostry po mojej interwencji do ordynatora i oddziałowej o sytuację z bezdechami zrobiły się dla mnie bardzo złośliwe. Mój lekarz prowadzący chciał mi zakazać dochodzenia do dzieci (a nie było to blisko) tym bardziej, że musiałam mieć otwartą ranę i cały czas wylatywała mi ropa z krwią. Siostry widziały że dochodzę z kroplówkami, dzwoniły do mnie na sale dosłonie co 10 minut, żebym przyszła popilnować dzieci - a one w rym czasie poszyły na kawę czy papierosa. Ja dochodziłam ... w końcu to moje dzieci ... zacisnęłam zęby ... zwlekłam się z łóżka ... i szłam wyręczać siostry!!! Ja nie miałam doświadczenia zdziećmi. Nigdy nie trzymałam noworodka na rekach nie mówiąc tu o przebieraniu dzieci. Nie raz prosiłam siostry o pomoc, żeby pokazały mi czy dobrze robię ... one się wykręcały i udawały że nie słyszą ... bałam się że skrzywdzę własne dzieci ... płakałam ale nie poddałam się ! To trwało 3 doby ... Ostatnie 2 doby dostałam dzieci do siebie na salę. mój stan psychiczny pogłębiał się coraz bardziej ... Wyręczając siostry z noworodkowego nie miałam czasu na jedzenie ... nie jadłam ani śniadania ani kolacji 4 doby. Byłam wykończona. Maluchy były niedojedzone. Z cycka od początku nie chciały ciągnąć bo mam małe chowające się brodawki ... kapturki nie pomogły ... maluchy spały przy cycku. Ściągałam pokarm ręcznie. Zazwyczaj trwało to 1,5h żeby ściągnąc 100ml mleka i karmienie 2 płaczących maluchów. Jedno niedokarmione dziecko kładłam w łóżeczko po to żeby podkarmić drugie jeszcze głośniej płaczące z głodu dziecko. I tak w kółko. Izolatkę miałam na przeciwko sióstr ale żadna nie przyszła się zapytać czy pomóc przy karmieniu. Płakałam razem z dziećmi, bo wiedziałam że na wadze nie przybiorą tylko zgubią - i tak defakto było !!! Byłam zła na cały świat! Nie odbierałam telefonów od rodziny, nie pisałam smsów. Wieczorem tylko powiedziałam mojej mamie i Marcinowi, że wychodzę na własne żadanie bo nie wytrzymam ... tak też myślał mój lekarz prowadzący ... że najlepiej dla mnie i dla dzieci lepiej wpłynie dom. Ja dojdę so siebie a dzieci będą przybierać na wadze. W piątek rano na obchodzie noworodkowym ordynatorowi powiedziałam co myślę na temat jego sióstr jaką pracę wykonują !!!! Zrobił duże oczy a siostry myślałm że pochowają się po kątach. Wypisałam się na własne żadanie. W domu mam pomoc co pozytwnie wpłynęło na bliźniaki. Rosną w oczach. Mamy ustawiony czas ... wszystko rozplanowane. I nareszcie widze te piękne bezzębne uśmiechy a przy nich zapominam o wszystkim co spotkało nas w tym krótkim a zarazem długim pobytem w szpitalu.