• Weź udział w konkursie i wygraj laktator SmartSense i wyprawkę dla mamy 💖 Kliknij Do wygrania super nagrody, które ułatwią codzienne życie rodziców.

    Wygraj grę z serii Słonik Balonik dla maluszka 💖 Wchodź Zadanie jest proste. Działaj i wygrywaj

reklama

Listopad 2007

  • Starter tematu Starter tematu anetas
  • Rozpoczęty Rozpoczęty
Jagoda najserdeczniejsze gratulacje:-)

Blaneczko witaj po tej stronie brzuszka:-):-):-)


Nie było mnie kilka dni, ale nie miałam weny twórczej. Do tego karta od netu mi szwankuje jak zwykle i nie chce mi się z tym walczyć. W poniedziałek byłam u gina. Wszystko jest ok. Wyniki książkowe. We wtorek miałam ktg, bo mała nie chciała się ruszać i lekarz wolał sprawdzić czy wszystko ok. Idę do szpitala 30 października 31 będę miała wywoływany poród. Trochę zaczynam się tego bać, ale przynajmniej za dwa tyg. będę miała to wszystko za sobą. No i może trochę mniej optymistycznie... moja mama w czwartek była u lekarza, który znalazł jej w piersi guzek... jutro jedziemy na biosję a w czwartek jesteśmy umówione do onkologa... trzymajcie kciuki, żeby to była tylko jakaś pierdoła...
 
reklama
kajuniu...super ze się odezwałaś:tak:
koniecznie pisz jak tylko znajdziesz chwilke,
wszystkie jesteśmy bardzo ciekawe co u Ciebie,jak chłopcy:-)
zdjęcia synków cudowne,prześliczne chłopczyki:tak::tak::tak::tak:
ściskam mocno:happy:

bira...napewno z mamunią bedzie wszystko ok
trzeba być dobrej myśli;-):tak:
kochana,a czemu bedziesz miala poród wywoływany?
bużka:happy:

my zaliczylismy dzisiaj super spacer i przypadkowo święto Hubertusa...
pojechaliśmy pospacerowac do Myślęcinka(to taki nasz rejonowy spacernik:cool:)
a tam imprezka właśnie dzien Hubertusa...
takze była wystawa psów myśliwskich i pogoń za lisem:-)
pózniej bylismy na wypasionym obiadku w Soplicy...
teraz padam na ryjek i zmykam na "skazanego........
w galerii troszkę fotek z dzisiejszego dnia
buziaczki mamuśki:-):-D:cool::blink:
 
Jagodka... gratuluje!!!!!

Blaneczko, witaj po tej stronie brzucha:tak::tak::tak:



...Jagoda... mialas termin na 4 listopada...;-);-) ...hmmm, ja mam na 5-tego... to sie pospieszylas:-D:-D:-D

Jeszcze raz gratuluje:tak::tak::tak::tak:
 
Witajcie Kochane!

Blaneczka jest już ze mną!!! Przyszła na świat 9.10.o godz.15.10. Ważyła 2750g i mierzyła 52 cm. Jest wcześniaczkiem ale dostała 10 pkt. Dopiero dzisiaj wypuścili nas ze szpitala. Jesteśmy szczęśliwe i okropnie zmęczone.


nie bylo mnie tylko pare godzin a tu takie rewelacje !!!!!!!!!!!!!
super gratulacje :-):-):-)

przepraszam ze pytam ( ale nie pamietam) czy to twoje pierwsze dziecko ??
 
bira...napewno z mamunią bedzie wszystko ok
trzeba być dobrej myśli;-):tak:
kochana,a czemu bedziesz miala poród wywoływany?
bużka:happy:

Z tym porodem tak zdecydowaliśmy z mężem. Jeżeli miała bym czekać do mojego terminu (4-6 listopad) czy ew. nawet później, mogła bym zostać z małym dzieckiem na rękach sama, a tak będę miała męża przy sobie do pomocy przez trzy tygodnie. Mój lekarz kończy w ten sposób wiele porodów. Wszystkie moje znajome rodziły w ten sposób i są zadowolone. Rozmawiałam również z dziewczynami, które poznałam w poczekalni, które też miały poród wywoływany. Żadna nie żaliła się każdej odpowiadała taka forma. Lekarz zastrzegł mi tylko, że jeżeli szyjka nie zacznie skracać się wcześniej nie wywoła porodu, tylko odczekamy kilka dni, zeby nie męczyć dziecka, mnie i jego. Za tydzień odstawi mi leki i myślę, ze ta moja szyjka zacznie się skracać, bo z nią były problemy... W każdym razie jestem dobrej myśli. Będę miała swoją położną i męża przy boku, to dam radę:-)
 
no to się zebrałam do pisania :blink: chłopaki wykąpani i najedzeni już śpią więc mam chwilkę czasu :happy2:

Otóż pobyt na patologii (3 tygodniowy) wspominam nawet dobrze ... pomijam to, że mogłam wstawać tylko do WC a kroplówka była ze mną nierozłączna. 24.09. czyli w przed dzień WIELKIEGO DNIA bardzo późno podłączyli mi ktg. Siostra podłączyła mnie tylko pod 1 sprzęt ... skurcze dawały o sobie znać ... regularnie co 5 minut 80-90. O 7.00 rano przyszedł jeden z moich lekarzy. Powiedział, że mam być na czczo i będę miała badania ... (nie chciał mnie dodatkowo stresować). O 9.00 na dużym obchodzie moja sytuacja została do decyzji szefa, czyli ordynatora a zarazem mojego lekarza prowadzącego który akurat w tym czasie był na urlopie. Parę minut później przychodzi lekarz daje mi kwit do podpisania o wyrażenie zgody na cc. Potem było ekspresowo czyli golenie, założenie cewnika i sru na stół operacyjny. Trawało to jakieś 10 minut. Potem już dłuższe oczekiwanie na anestezjologa. Jeden z moich lekarzy prowadzących rozbrajał mnie śmiechem na stole ... potem znieczulenie (nic nie bolało - a tego bałam się najbardziej!!!!) i słyszę tylko przeraźliwy a zarazem najpiękniejszy krzyk .... krzyk mojego dziecka, po chwili kolejny jeszcze bardziej głośniejszy. Łzy same leciały po policzkach. Płakałam a siosstry szybko zabrały moje dzieci do inkubatora i pojechały na patologię aseptyczną. Ból po cc był nie do zniesienia, a moje myśli były tylko co z moimi dziećmi ... Marcin o 13.00 był już z maluchami. Następnego dnia moje pierwsze bardzo chwiejne kroki były do moich dzieci. Szłam z kroplówką mocno trzymając się położnej. Nie mogłam zostać długo ... z neonatologiem porozmawiałam o stanie zdrowia moich maluchów. Uspokoiło mnie to, że z maluchami wszystko jak najbardziej wsporządku. Są silne i zdrowe pomimo urodzenia w 35tc. Przenieśli moje dzieci na patologię noworodka a tam mogłam dochodzić o każdej poże dnia i nocy - Marcin zresztą też. Strasznie źle się czułam po cc ... byłam na kroplówkach wzmacniających i przeciwbólowych, nie mogłam wstać z łóżka ... moje dzieci spędziły w inkubatorach 5 dni. W 4 dobie idąc w bólu prawie na kolanach do moich dzieci zauważyłam siostrę roześmianą i plotkującą przy stolikach dla odwiedzających. Przyszłam i prawie zemdlałam widząc stan moich dzieci. Oskarek był na bezdechu. Sprzęt do którego był podłączony ryczał na cały oddział, ale siostra nie mogła go słyszeć skoro była zajęta zabawianiem swojej koleżanki. Zrobiłam raban na cały oddział! Siostrę, która na tym oddziale powinna być przy moich dzieciach 24/24h zjechałam jak psa!!! Nikomu nie życzę widoku własnego dziecka, które robi się granatowe i przestaje oddychać a siostra z uśmiechem na twarzy tłumaczy się, że ona właśnie spotkała koleżankę sprzed lat !!! Rozmawiając z przełożoną oddziałową tej że siostry powiedziałam że sobie nie życzę, żeby ta kobieta była jeszcze kiedykolwiek przy moich dzieciach. Dowiedziałam się, że bezdech miał też Olivierek. Byłam załamana ... depresja ... mało powiedziane!!! Wszystko widziałam w czarnych barwach. Bałam się iść do moich dzieci ... bałam się, że ... że już ich TAM nie ma ... To była 4 doba po cc. Ja czułam się jeszcze gorzej niż w 1 dobie. Nie dość tego miałam nawał pokarmu ... nie radziłam sobie ze ściąganiem i defakto porobiły mi się ogromne guzy. Lekarz zaaplikował mi 3 bromergony ... siostra okłady z kapusty i picie szałwii. Donosiłam w bólach pokarm do dzieci - w dzień i w nocy. W 5 dobie dzieci zostały wyjęte z inkubatorów, wyniki były bardzo dobre, gazometria też, bezdechy się nie powtórzyły. Były w łóżeczkach na patologii. Siostry po mojej interwencji do ordynatora i oddziałowej o sytuację z bezdechami zrobiły się dla mnie bardzo złośliwe. Mój lekarz prowadzący chciał mi zakazać dochodzenia do dzieci (a nie było to blisko) tym bardziej, że musiałam mieć otwartą ranę i cały czas wylatywała mi ropa z krwią. Siostry widziały że dochodzę z kroplówkami, dzwoniły do mnie na sale dosłonie co 10 minut, żebym przyszła popilnować dzieci - a one w rym czasie poszyły na kawę czy papierosa. Ja dochodziłam ... w końcu to moje dzieci ... zacisnęłam zęby ... zwlekłam się z łóżka ... i szłam wyręczać siostry!!! Ja nie miałam doświadczenia zdziećmi. Nigdy nie trzymałam noworodka na rekach nie mówiąc tu o przebieraniu dzieci. Nie raz prosiłam siostry o pomoc, żeby pokazały mi czy dobrze robię ... one się wykręcały i udawały że nie słyszą ... bałam się że skrzywdzę własne dzieci ... płakałam ale nie poddałam się ! To trwało 3 doby ... Ostatnie 2 doby dostałam dzieci do siebie na salę. mój stan psychiczny pogłębiał się coraz bardziej ... Wyręczając siostry z noworodkowego nie miałam czasu na jedzenie ... nie jadłam ani śniadania ani kolacji 4 doby. Byłam wykończona. Maluchy były niedojedzone. Z cycka od początku nie chciały ciągnąć bo mam małe chowające się brodawki ... kapturki nie pomogły ... maluchy spały przy cycku. Ściągałam pokarm ręcznie. Zazwyczaj trwało to 1,5h żeby ściągnąc 100ml mleka i karmienie 2 płaczących maluchów. Jedno niedokarmione dziecko kładłam w łóżeczko po to żeby podkarmić drugie jeszcze głośniej płaczące z głodu dziecko. I tak w kółko. Izolatkę miałam na przeciwko sióstr ale żadna nie przyszła się zapytać czy pomóc przy karmieniu. Płakałam razem z dziećmi, bo wiedziałam że na wadze nie przybiorą tylko zgubią - i tak defakto było !!! Byłam zła na cały świat! Nie odbierałam telefonów od rodziny, nie pisałam smsów. Wieczorem tylko powiedziałam mojej mamie i Marcinowi, że wychodzę na własne żadanie bo nie wytrzymam ... tak też myślał mój lekarz prowadzący ... że najlepiej dla mnie i dla dzieci lepiej wpłynie dom. Ja dojdę so siebie a dzieci będą przybierać na wadze. W piątek rano na obchodzie noworodkowym ordynatorowi powiedziałam co myślę na temat jego sióstr jaką pracę wykonują !!!! Zrobił duże oczy a siostry myślałm że pochowają się po kątach. Wypisałam się na własne żadanie. W domu mam pomoc co pozytwnie wpłynęło na bliźniaki. Rosną w oczach. Mamy ustawiony czas ... wszystko rozplanowane. I nareszcie widze te piękne bezzębne uśmiechy a przy nich zapominam o wszystkim co spotkało nas w tym krótkim a zarazem długim pobytem w szpitalu.
 
Kajunia Gratuluje!
popłakałam się czytając Twój opis, taka jest ta nasza słuzba zdrowia. Mnie za to nie przyjeto do szpitala po terminie i kazano czekać lub wybrac sobie inny termin a u mnie zero sygnałów o zblizającym się porodzie a według ,mojego gina był to koniec 41tyg i miałam skierowanie. Jak ja dziękuje Bogu że nie trafiłam tam do szpitala tylko rodziłam prywatnie bo dziś mogło by nie być naszego Patryka wiec wiem co czułaś widząc dzieciaczki swoje w bezdechu...dzis jestesmy razem cała nasza szczęśliwa rodzinka!
jeszcze raz gratuluje i zycze duzo zdrowia i pociechy dla Twoich aniołków!!!
 
Kurcze Kajunia ale przeżyłaś,czytałam Twoją historie z zapartym tchem,ja bym chyba pozabijała te głupie kutwy co one sobie myślą cholera.Brak mi słów.
Jednak mimo wszystko wspominasz nie najgorzej to wszystko
Ważne ze jesteś w domku z mężem i swoimi dziećmi i jest wszystko ok,dzieci rosną ,ty jestes szczęsliwasza i spokojniejsza.Ciesze sie ze jest już wszystko ok!

Jagoda gratuluję!!!!!
 
natalka_25 dzięki :-)

Women nie tyle, że nie najgorzej wspominam ... poprostu nie chcę o tym pamietać :-( teraz jestem z dziećmi i dla dzieci :tak: Kocham je i nie odstępuję na krok.
 
reklama
no to się zebrałam do pisania :blink: chłopaki wykąpani i najedzeni już śpią więc mam chwilkę czasu :happy2:

Otóż pobyt na patologii (3 tygodniowy) wspominam nawet dobrze ... pomijam to, że mogłam wstawać tylko do WC a kroplówka była ze mną nierozłączna. 24.09. czyli w przed dzień WIELKIEGO DNIA bardzo późno podłączyli mi ktg. Siostra podłączyła mnie tylko pod 1 sprzęt ... skurcze dawały o sobie znać ... regularnie co 5 minut 80-90. O 7.00 rano przyszedł jeden z moich lekarzy. Powiedział, że mam być na czczo i będę miała badania ... (nie chciał mnie dodatkowo stresować). O 9.00 na dużym obchodzie moja sytuacja została do decyzji szefa, czyli ordynatora a zarazem mojego lekarza prowadzącego który akurat w tym czasie był na urlopie. Parę minut później przychodzi lekarz daje mi kwit do podpisania o wyrażenie zgody na cc. Potem było ekspresowo czyli golenie, założenie cewnika i sru na stół operacyjny. Trawało to jakieś 10 minut. Potem już dłuższe oczekiwanie na anestezjologa. Jeden z moich lekarzy prowadzących rozbrajał mnie śmiechem na stole ... potem znieczulenie (nic nie bolało - a tego bałam się najbardziej!!!!) i słyszę tylko przeraźliwy a zarazem najpiękniejszy krzyk .... krzyk mojego dziecka, po chwili kolejny jeszcze bardziej głośniejszy. Łzy same leciały po policzkach. Płakałam a siosstry szybko zabrały moje dzieci do inkubatora i pojechały na patologię aseptyczną. Ból po cc był nie do zniesienia, a moje myśli były tylko co z moimi dziećmi ... Marcin o 13.00 był już z maluchami. Następnego dnia moje pierwsze bardzo chwiejne kroki były do moich dzieci. Szłam z kroplówką mocno trzymając się położnej. Nie mogłam zostać długo ... z neonatologiem porozmawiałam o stanie zdrowia moich maluchów. Uspokoiło mnie to, że z maluchami wszystko jak najbardziej wsporządku. Są silne i zdrowe pomimo urodzenia w 35tc. Przenieśli moje dzieci na patologię noworodka a tam mogłam dochodzić o każdej poże dnia i nocy - Marcin zresztą też. Strasznie źle się czułam po cc ... byłam na kroplówkach wzmacniających i przeciwbólowych, nie mogłam wstać z łóżka ... moje dzieci spędziły w inkubatorach 5 dni. W 4 dobie idąc w bólu prawie na kolanach do moich dzieci zauważyłam siostrę roześmianą i plotkującą przy stolikach dla odwiedzających. Przyszłam i prawie zemdlałam widząc stan moich dzieci. Oskarek był na bezdechu. Sprzęt do którego był podłączony ryczał na cały oddział, ale siostra nie mogła go słyszeć skoro była zajęta zabawianiem swojej koleżanki. Zrobiłam raban na cały oddział! Siostrę, która na tym oddziale powinna być przy moich dzieciach 24/24h zjechałam jak psa!!! Nikomu nie życzę widoku własnego dziecka, które robi się granatowe i przestaje oddychać a siostra z uśmiechem na twarzy tłumaczy się, że ona właśnie spotkała koleżankę sprzed lat !!! Rozmawiając z przełożoną oddziałową tej że siostry powiedziałam że sobie nie życzę, żeby ta kobieta była jeszcze kiedykolwiek przy moich dzieciach. Dowiedziałam się, że bezdech miał też Olivierek. Byłam załamana ... depresja ... mało powiedziane!!! Wszystko widziałam w czarnych barwach. Bałam się iść do moich dzieci ... bałam się, że ... że już ich TAM nie ma ... To była 4 doba po cc. Ja czułam się jeszcze gorzej niż w 1 dobie. Nie dość tego miałam nawał pokarmu ... nie radziłam sobie ze ściąganiem i defakto porobiły mi się ogromne guzy. Lekarz zaaplikował mi 3 bromergony ... siostra okłady z kapusty i picie szałwii. Donosiłam w bólach pokarm do dzieci - w dzień i w nocy. W 5 dobie dzieci zostały wyjęte z inkubatorów, wyniki były bardzo dobre, gazometria też, bezdechy się nie powtórzyły. Były w łóżeczkach na patologii. Siostry po mojej interwencji do ordynatora i oddziałowej o sytuację z bezdechami zrobiły się dla mnie bardzo złośliwe. Mój lekarz prowadzący chciał mi zakazać dochodzenia do dzieci (a nie było to blisko) tym bardziej, że musiałam mieć otwartą ranę i cały czas wylatywała mi ropa z krwią. Siostry widziały że dochodzę z kroplówkami, dzwoniły do mnie na sale dosłonie co 10 minut, żebym przyszła popilnować dzieci - a one w rym czasie poszyły na kawę czy papierosa. Ja dochodziłam ... w końcu to moje dzieci ... zacisnęłam zęby ... zwlekłam się z łóżka ... i szłam wyręczać siostry!!! Ja nie miałam doświadczenia zdziećmi. Nigdy nie trzymałam noworodka na rekach nie mówiąc tu o przebieraniu dzieci. Nie raz prosiłam siostry o pomoc, żeby pokazały mi czy dobrze robię ... one się wykręcały i udawały że nie słyszą ... bałam się że skrzywdzę własne dzieci ... płakałam ale nie poddałam się ! To trwało 3 doby ... Ostatnie 2 doby dostałam dzieci do siebie na salę. mój stan psychiczny pogłębiał się coraz bardziej ... Wyręczając siostry z noworodkowego nie miałam czasu na jedzenie ... nie jadłam ani śniadania ani kolacji 4 doby. Byłam wykończona. Maluchy były niedojedzone. Z cycka od początku nie chciały ciągnąć bo mam małe chowające się brodawki ... kapturki nie pomogły ... maluchy spały przy cycku. Ściągałam pokarm ręcznie. Zazwyczaj trwało to 1,5h żeby ściągnąc 100ml mleka i karmienie 2 płaczących maluchów. Jedno niedokarmione dziecko kładłam w łóżeczko po to żeby podkarmić drugie jeszcze głośniej płaczące z głodu dziecko. I tak w kółko. Izolatkę miałam na przeciwko sióstr ale żadna nie przyszła się zapytać czy pomóc przy karmieniu. Płakałam razem z dziećmi, bo wiedziałam że na wadze nie przybiorą tylko zgubią - i tak defakto było !!! Byłam zła na cały świat! Nie odbierałam telefonów od rodziny, nie pisałam smsów. Wieczorem tylko powiedziałam mojej mamie i Marcinowi, że wychodzę na własne żadanie bo nie wytrzymam ... tak też myślał mój lekarz prowadzący ... że najlepiej dla mnie i dla dzieci lepiej wpłynie dom. Ja dojdę so siebie a dzieci będą przybierać na wadze. W piątek rano na obchodzie noworodkowym ordynatorowi powiedziałam co myślę na temat jego sióstr jaką pracę wykonują !!!! Zrobił duże oczy a siostry myślałm że pochowają się po kątach. Wypisałam się na własne żadanie. W domu mam pomoc co pozytwnie wpłynęło na bliźniaki. Rosną w oczach. Mamy ustawiony czas ... wszystko rozplanowane. I nareszcie widze te piękne bezzębne uśmiechy a przy nich zapominam o wszystkim co spotkało nas w tym krótkim a zarazem długim pobytem w szpitalu.
moj boze ale przezycia ............. bidulka bylas
ale dobrze ze jestes w domu i wszystko ok

wiesz jakbys miala troche czau to moze warto napisac do tych ludzi z ' rodzic po ludzku'
napisac o tym jak bylo w szpitalu i o tych k...... pielegniarka
ktorym tylko w glowie pogaduszki i strajki

trzymaj sie cieplo i niech maluch rosna
 

Nowe wątki

reklama
reklama
Wróć
Do góry