Wikasik - a ja Ci tego oceanu zazdroszczę, nawet jak głowę urywa

W ZG nawet rzeki nie ma, to nie jest miasto pełną gębą przez to - każde szanująca się mieścina uzurpująca sobie prawa do nazywania się miastem powinna jakiś ciek wodny posiadać i już. Nie ma tu gdzie iść na spacer w upały - wszędzie piecze jednakowo. Jest niby "sławetna" palmiarnia, relikt PRL, która mieści się na niby górze i niby wiać tam powinno, ale słońce piecze jak szalone, bo to wzgórze winogronami obsadzili, a nie porządnymi kilkusetletnimi dębami...
A mój L jest zaklinaczem niemowlaków, przynajmniej tego jednego egzemplarza jaki mamy. Nauczył juz go pić z butelki, o czym była tu już mowa. Dziś robiłam tatusiowi pokaz pt. zobacz jak Twój syn ma w doopie leżaczek-bujaczek super hiper mega hit FiszerPrajsa. Posadziłam małego, włączyłam wibracje i mówię, że ale zaraz będzie ryyyyk... A tu niespodzianka - młody siedzi i się zaciesza do ojca - i tak pół godziny... Następnie młody zaczął uskuteczniać jedzenie własnych rąk, a że ma je tylko dwie postanowiłam zainterweniować i mu twarz zatkać smoczkiem. Młody smoczka cierpliwie wypluwa, patrząc na matkę z politowaniem. Po którejś próbie, gdy już zaczęłam wątpić w swój matczyny autorytet, L wziął smoczka, wsadził małemu w paszczę a ten go zassał... W tym momencie mój nadwątlony autorytet padł ostatecznie... Młody ssie smoczka nadal, a L siedzi i mu go wkłada w otwór gębowy jak mu wypadnie - może robić to na ślepo, przeglądając swoje forum na lapku i nie patrząc na potomka, bo każde wypadnięcie smoczka sygnalizowane jest przeraźliwym dźwiękiem, a po trafieniu smoczkiem w odpowiedni otwór dźwięk milknie...
Ja już tylko do wywalania cycka na żądanie jestem im potrzebna...
Ale muszę tez pochwalić się swoim dzisiejszym osiągnięciem - do domu wleciała nam jakas mucha i poleciała prosto na młodego, który leżała na golaska na narożniku wietrząc swoje klejnociki... usiadła mu na nodze i zanim L ją odgonił zdążyła małego dziabnąć. Mały w ryk, L goni muchę, ja małego na ręce i tulam a on wyje. Mówię do małego, żeby nie płakał, że jest odważny a to tylko mucha, że zaraz przestanie boleć, że tata jej dał popalić, że jest pomszczony i takie tam mówię byle mówić byle nie przestac... A mały przestał ryc i z podkówka na twarzy patrzy na matkę oczami kota ze Shreka... Gadałam tak z 15 minut, L patrzał na mnie jak na obłakaną, ale młody nie płakał tylko patrzał na mnie, będąc wciąz na granicy ogromnego ryyyyku. W końcu chyba przestało go boleć bo się czym innym zainteresował a ja mogłam się zamknąć w końcu. Ale odnotowuję to po stronie sukcesów - nie ryczał a miał prawo

)) Przyda mi się to do szczepienia, które mamy w środę - zagadam młodego i już

))