Witam wszystkie laseczki-Marcjaneczki!!!
Jestem w Polsce, a nawet w pracy. Cudem! Wczoraj lądowanie niemal awaryjne w Łodzi, udało się dopiero za 3 podejściem, 2 razy samolot kołami już dotykał pasa, wiatr spychał samolot w bok i pilot gwałtownie podrywał maszynę z powrotem do lotu. W życiu się tak nie bałam! Finalnie lądowaliśmy już ze skulonymi głowami, a po wylądowaniu samolot nie mógł wyhamować. Ale się udało. A to był dopiero początek przygody.
M. nie dojechał po mnie, bo utknął w Warszawie, przez 4 godziny dojeżdżając zaledwie do rogatek miasta. Lotnisko zasypane, taksówek brak, komunikacji miejskiej brak, a ja mam niecałą godzinę do ostatniego pociągu do Warszawy. W końcu pojawił się zbłąkany taksówkarz, ludzie przeprowadzili ostrą licytację, a status ciężarówki nie miał w ostrej rywalizacji najmniejszego znaczenia. Jakby mogli, to by mnie pobili. W końcu za 7 krotność ceny normalnego kursu wziął mnie i jeszcze 3 panów i podjął się dowiezienia na dworzec. W jakim czasie - tego obiecać nie mógł. Ale chyba ulitował się nade mną, bo zaczął łamać wszystkie przepisy i stanął na rzęsach, ale dowiózł na czas na dworzec. To, że po drodze zepsuła się lokomotywa, wysiadł prąd i siedzieliśmy w Koluszkach bez prądu, po ciemku, bez ogrzewania, bez możliwości wyjścia - bo drzwi otwierane elektrycznie - to już był drobiazg. W końcu o północy dotarłam do Warszawy. Walka o taksówkę (kolejka na 1,5 godziny stania w mrozie, zanim zdążyłam się odezwać tekst: "Jeżeli pani sądzi, że jak w ciąży, to ktoś pani ustąpi, to się pani myli. Jak się jest w ciąży, to się siedzi w domu!"), ale i tak dałam radę! O 1.00 byłam w domu. M. nadal nie było, udało mu się dojechać dopiero koło 2.00. Ale nic to!!! Jestem cała i zdrowa, w Polsce, po zakupach. Padam na nos, a pracy full, ale trzeba działać. Będę się starała odzywać w ciągu dnia.