Mieszkałam z teściową pół roku przed ślubem i to był naprawdę ciężki okres. Wcześniej myślałam, że to taka fajna babka, na luzie i że jakoś to będzie. Szybko zmieniłam zdanie, bo oczywiście we wszystkim stałam się rywalką. W każdej kwestii musiała mieć swoje zdanie, oczywiście inne niż moje, zawsze kiedy coś gotowałam, musiała doprawić po swojemu, nie mogliśmy się z M spokojnie pokłócić bo się ciągle wtrącała. A jak kiedyś poszłam z M kupić garnitur to najpierw nic nie powiedziała, a jak po roku M przytył i nie mieścił się w spodnie to powiedziała, że jak chodzi bez niej na zakupy to zawsze jakieś g...kupi.
Teraz mieszkamy osobno, niestety w tym samym mieście. Dzwoni do M średnio 2 razy dziennie, cały czas chce, żeby ją odwiedzać, a jak ma przyjść do nas to nie ma czasu (nie chce jej się chodzić). Wiecznie coś ją boli i narzeka, a jak mówię, jak najlepiej wyleczyć jej dolegliwości to nie chce, bo się boi lekarzy :-)
A najgorsze, że cały czas traktuje M jak małego chłopca, 5 latek nie więcej. Poprawia mu włosy, jak coś je to chce mu twarz chusteczką wycierać

, ostatnio złapała go za tyłek, czy mu się majtki nie wpijają



. I oczywiście musi o wszystkim wiedzieć: gdzie jedziemy, co robimy, co kupujemy. Czuję, że nie robię się coraz starsza, tylko coraz młodsza
Dostaję z nią szału. A jak M mówi jej, żeby dała sobie spokój to się obraża. Bo to jedynak i mamusia powinna być dla niego najważniejsza, a nie żona.
Jak się dowiedziała o ciąży to powiedziała(niby w żartach), że M będze tatą, ale niekoniecznie ojcem

Wyobrażacie sobie powiedzieć własnemu synowi coś takiego? I w sumie na jakiej podstawie?
Uff, wyrzuciłam to z siebie, przepraszam, że tak się żalę, ale w sumie nie mam za bardzo komu