reklama

Opisy naszych porodów

No to czas na mnie
Może ni będzie poetycko- bo ja nie za dobrze umiem coś barwnie opisywać.. ale postaram się..

A więc do szpitala trafiłam 30go- niby planowany termin porodu wg USG, ale tak na prawdę to moja ginka mnie totalnie zlała, pojechała sobie gdzieś i po prostu wolała to niż powiedzieć wprost, że wyjeżdża i że mam sobie chodzić gdzieś na KTG.. centralnie zero zainteresowania!! No ale dość o tym.

Po badaniu 30go odszedł mi czop, ale poza tym nic ale to nic się nie ruszyło..
A więc "gniłam" sobie w tym szpitalu coraz bardziej dołując bo wylądowałam na ginekologii gdzie leżały ze mną dziewczyny na róznych etapach ciąży i niektóre naprawdę strasznych rzeczy się dowiadywały o dzieciaczkach..
Więc ja 3 lutego- w terminie wg OM zagadałam z lekarzem prowadzącym czy mogę iść do domu i ew. tylko przyjeżdżać na usg-ale okazało się że wyjść mogę ale tylko na własne żądanie:-( Bo nie ma mozliwości przyjeżdżania na ktg...

Acha i każdego dnia miałam ktg- skurczy 0-więc załamka totalna
Więc poszłam spać zastanawiając się ile jeszcze tam posiedzę..
O 3 rano budzą mnie bóle- takie okresowe.. ale myślę ee to nie to napewno.. no i leżę sobie w łóżku.. za chwilę przebłysk- to może policzę sobie co i le te bóle mam.. no i wychodzi że co 7 minut:baffled:.. myślę czyżby? I idę siku.. a tu na wkładce rózowa ciecz.. oczywiście wiedziałam że wkładkę trzeba pokazać ale ja oczywiście wywaliłam ją do kosza.. i ide nieśmiało do połoznych.. i myślę sobie- kurczę pobudzę kobity.. ale cóż.. A położna do mnie "gdzie wkładka"? A ja że wywaliłam- na to ona- proszę przynieść.. no więć Asia sierota wraca się gzrebać w koszu:crazy:.. i jak pani oblukała słyszę "wody".. Proszę się pakować,jedziemy na porodówkę:szok::szok:.. No to ja się pakuję.. a majdan miałam niezły- i jeszcze zapomniałam spod łóżka zestawu do krwi pępowinowej więc kobita się wracała.. w międzyczasie zadzwoniłam po mężą i mowię- zaczęło się.. a on: "taaaa"??
No i ja trafiam do sali przedporodowej połączonej z porodową (ale spoko- cała jest dla nas), podłączają mi ktg, wenflon no i czekam na mężą. Przyjeżdża gdzieś koło 6.. ale bóle są spoko do przeżycia- co chwilę któś mnie bada.. Lewatywa- po której strasznie mnie czyści ( a i tak koniec konców zapaprałam fotel:baffled:)..

Ale w końcu o 9 lekarz przebija mi pęcherz.. wylatują wody.. no i potem zaczynają się bóle.. z początku da się przeżyć.. ale mniej więcej o 10 wiję się na łóżku- a dwie młode lekarki- jedna na stażu strasznie wczuwają się w odczyt kt (które jakoś kiepsko te skurcze rejestrowały) i dziwią się że tak mnie boli:angry:.. a ja nie miałam pojęcia że to już parte bóle są- położna nawet już podsuwa mi zgodę na ZZO (bo ja matka polka na początku nie chciałam ale jak sobie pomyślałam że jeszcze full tych bóli będzie to ja biorę).. Ale położna mówi to sprawdzimy najpierw rozwarcie.. i słyszę: "już nie ma sensu znieczulenie- rodzimy".. mąż gdzieś wyszedl a ja leżę na tym wyrze i słyszę że mam nogi podciągnąć do pierśi i przeć.. na co ja w skurczu " a gdzie mąż".. i prę- łapiąc te młode piny (które się chyba nie spodziewały ) za łapy..
Ale zaraz mąż wraca a ja przechodzę obok już rodzić..
Karzą przeć, krzyczą że zaraz urodzę.. więc staram się ze wszystkich sił.. mąż podpiera mi głowę.. nie krzyczę.. tylko jakoś dziwnie mruczę (zupelnie nie mogłam nad tym zapanować).. karzą łapać powietrze więc łapię.. słyszę że już główkę widać.. łapię powietrze- słyszę że w następnym skurczu urodzę.. więc staram się przeć jak najmocniej.. i czuję jak mała wyskakuje (jest 10,40)- kładą mi ją pod koszulą na piersi.. i to taka chwila.. takie zawieszenie absolutnie kosmiczno- magiczne że nie czuje się już bólu.. tylko taką przenikającą błogość...

Potem zabierają mała do mierzenia i ważenia.. mnie zszywają.. a ja jeszcze na tym fotelu bełkoczę że prawie nie bolało i akie tam i że mogę rodzić dzieci- wszyscy w śmiech;-)

Potem już jak leżymy z mała umyte, ubrane Pani położna jest tak miła że przyosi mi śniadanie i wlasną herbatę..

Polecam gorąco obecność męża- strasznie pomogło że trzymał mnie za rękę.. że po prostu był..

Podsumowując- da się przeżyć.. w sumie już nie pamiętam jak bolało;-)))
 
reklama
kładą mi ją pod koszulą na piersi.. i to taka chwila.. takie zawieszenie absolutnie kosmiczno- magiczne że nie czuje się już bólu.. tylko taką przenikającą błogość...
tu mi łezki poleciały więc poetką może nie jesteś ale swoje odczucia opisujesz tak, że się czuje to co czułaś ty:tak::tak::tak:
 
Drugą fazę porodu super opisałaś, tak krok po kroku. Aż się wzruszyłam że mam to za sobą, ale potem szybko oprzytomniałam że przecież mam tak jak Ty swoje maleństwo obok i bóle za sobą:-)
 
NanaKG :-D super! No i mozesz sporo dzieci urodzic :tak: Podziwiam cie, bo odwazna jestes - no i fajnie ze tak szybko wszystko poszlo :-)
 
reklama
NanaKG co też za brednie wypisujesz o tym, że nie potrafisz barwnie czegoś opisać! Twoja opowieść się jawi przed oczami, kiedy się ją czyta. Naprawdę świetny opis :) Miło się go czyta, nawet się momentami uśmiałam -choćby w momencie, gdy capnęłaś za ręce te dwie młódki ;)
Cieszę się, że dzielnie to wszystko przeszłaś i ogromnie Ci gratuluję ! :)
Ciesz się swoimi Skarbami ! :)
 

Nowe wątki

reklama
reklama
Wróć
Do góry