Na początek powiem, że nie taki diabeł straszny...
Jak już pisałam, w nocy z 9/10 zaczął mi odchodzić czop, cały dzień się relaksowałam, zrobiłam sobie nawet spacer do cukierni bo mi się eklerki zachciało, a wiedziałam, że to ostatnia szansa na nią:-)
Jak wróciłam do domu, to od 16-tej miałam skurcze, co 30, 25 min. Akcja rozkręciła się na dobre około północy, zadzwoniłam po męża, bo był w pracy, dopakowałam torbę, rozwiesiłam pranie i w drogę. Na izbie miałam już skurcze co 10 min, bardzo "uprzejma" położna zebrała wywiad, opieprzyła mnie, że nie umiem się do KTG położyć, na mojego męża, że drzwi przytrzasnął, szkoda, że nie dodała, że ją obudziliśmy.Porodówka na Karowej jak nigdy, świeciła pustkami, od rana dopiero uruchomili przyjmowanie pacjentek, więc miałam dużo szczęścia.
Na porodówkę trafiłam o 2 i poczułam tak naprawdę jak bolą te skurcze. Szybko postępowały, wydłużały się a rozwarcie ciągle na 3 cm. Dostałam dwa czopki na szyjkę ale nadal nic. Musiałam poprosić w końcu o znieczulenie, przed którym tak bardzo się broniłam, bo już nie miałam siły, rozwarcie małe, a skurcze co 2-3 min. Nie do wytrzymania w żadnej pozycji.
Znieczulenie podano mi o 6 rano, miła i profesjonalna anestezjolog wkuła się ładnie i od razu poczułam ulgę i rozluźnienie. Miałam sobie leżeć przez 40 min, bo drętwieją nogi. Następnie miała mnie zbadać lekarka. Leżałam tak sobie spokojnie, żartowałam z moim mężem, że idę spać bo tak mi dobrze. Czułam takie parcie, ale myślę sobie że to nie mogą być parte bo przecież, niecałą godzinę temu miałam małe rozwarcie a ja już parte sobie wmawiam. Czekałam na położną, żeby mnie zbadała, bo stwierdziłam, że zaliczę łazienkę, żeby potem niespodzianki nie było. Jak przyszła położna i zaczęła badać to tylko szybko zawołała lekarkę że już główkę czuje i że ja już rodzę. Dopiero w ekspresowym tempie zaczęły przygotowywać zestaw porodowy, dzwonić po pediatrę. Ja im mówię że skurcz idzie, nie wiedziałam czy mam przeć czy nie, bo widzę, że nie gotowe.
Mój mąż wyszedł na badanie na korytarz, bo tak się umówiliśmy,że na czas badań będzie wychodził, a tu go lekarka woła, że jak chce być przy porodzie to niech szybko wchodzi. Był w takim szoku, że nie wiedział co się dzieje. Akcja błyskawica i po kilku partych mały Karolek pojawił się na świecie. Nie spodziewaliśmy się takiego obrotu sprawy, że druga faza może trwać 25 min.
Mój mąż spisał się na medal,cieszę się, że zdecydowaliśmy się rodzić razem, bo do końca nie byliśmy pewni.
Moje małe szczęście ważyło 2500 i dostało 10 pkt, ale już podczas pierwszych badań pediatrycznych na oddziale poporodowym okazało się, że urodził się z hipotrofią, czyli mówiąc w skrócie urodziłam donoszonego wcześniaka. Żadne usg, które wykonywałam w ciąży nie wykazało, że jest zahamowany wewnątrzmaciczny rozwój dziecka.
Poród jak i opiekę na bloku porodowym wspominam wyśmienicie, natomiast to czego doświadczyłam na po porodowym było strasznym przeżyciem dla matki, która walczy z personelem o jedzenie dla swojego dziecka, z samotnością, bo był całkowity zakaz odwiedzin. Do tego dziesiątki badań małego, sine od igieł rączki i nóżki synka, opieka położnych, nauka laktacji pozostawia wiele do życzenia.