Korzystając z chwilki, że moja mała terrorystka śpi (zapewne mam tylko 15 minut

) opiszę swój poród. Nie było bardzo ciężko, ale łatwizna to też nie ;-) Mam nadzieję, że jakoś, kiedyś dam radę przeczytać Wasze opisy :-)
.05.02 poszłam do szpitala z mocnymi bólami krocza i odchodzącym czopem. Oczywiście na KTG nie wykazywało skurczy, ale podczas badania okazalo się, że szyjka skrócona na 1,5 cm i rozwarcie na 3 cm. Lekarka zdecydowała żebym została już do porodu w szpitalu. Byłam pewna, że sobie przynajmniej 2 dni poleżę

W piątek 06.02 około godz. 8.45 był obchód i dowiedziałam się, że rano na KTG wykazało skurcze. Poszłam więc do badania i tam - szyjka skrócona na 0,5 cm, rozwarcie na 4 - usłyszałam "No to idziemy na porodówkę". O masakra, przecież mieliśmy poczekać do soboty, przecież moje Kochanie w Krakowie, przecież ja nie chcę sama. Zadzwoniłam do niego i oczywiście razem płakaliśmy, każde w swoją słuchawkę. No ale co poradzić, tak widocznie miało być. Dostałam lewatywę, która oczywiście na mnie nie działała, musiałam i tak się zmuszać. A najlepsze było to, że ja w ogóle nie czułam skurczy, wciąż tylko to ciągnięcie w kroczu. No ale w końcu, o 10.00 wylądowałam na porodówce - w boksie porodów rodzinnych, bo bratowa była ze mną
Ogólnie to powiem Wam, żebyście brały do porodu swojego faceta lub kogoś bliskiego. Nie wyobrażam sobie leżeć tak kilka godzin i tylko liczyć skurcze.
Od razu dostałam oksytocynę, bo skurcze były słabe, bo byłam po in vitro, więc nie chciano by doszło do jakiejś awarii. Na początku podłączenie do KTG i leżenie by sprawdzić skurcze i tętno malucha w spoczynku. No i tak leżałam sobie godzinkę, gadałam z bratową i tylko od czasu do czasu czułam mocniejszy skurcz. W końcu przyszła pora na badanie przez położną stanu szyjki - o masakra, te badania wspominam najgorzej, bolało jak jasna cholerka
Ale fakt, że po tym badaniu skurcze zrobiły się bardziej intensywne. Mogłam sobie trochę pochodzić, pokucać, pokręcić biodrami. Skurcze zrobiły się mocniejsze, ale nie bolały tak bardzo - takie bóle miesiączkowe tylko 2 razy silniejsze. Za chwilę kolejne badanie, tym razem przez lekarza, który w gratisie zrobił mi masaż szyjki. Dziewczyny, gdybym mogła wywierciłabym tyłkiem dziurę w fotelu
Okazuje się, że postępu nie ma. Lekarz mówi, że jeżeli do końca kroplówki nic się nie ruszy, dadzą mi przespać noc i rano od nowa. Dzwonię do Kochanego, on oczywiście zadowolony, bo jest szansa, że będzie przy narodzinach córeczki. Około godz. 14 czuję, że jednak skurcze się nasilają. Muszę znowu trochę poleżeć, bo na KTG wyszły jakieś zachwiania tętna i nie wiadomo czy to przez moje chodzenie i gubienie zasięgu przez sprzęt, czy to coś z malutką. Po pół godz. kolejne badanie, staram się rozluźnić, ale to okropnie boli. Postęp akcji znikomy, zapada decyzja o przebiciu pęcherza płodowego i spuszczenie wód dla przyspieszenia akcji. Czyli jednak rodzimy dziś... Wody czyściutkie jak łza, z małą wszystko w porządku
Rzeczywiście skurcze są coraz częstsze i mocniejsze. Cały czas jednak do zniesienia, zastanawiam się o co tyle krzyku? No tak, ale ja mam rozwarcie dopiero, a właściwie cały czas tylko 4 cm
O 16.00 wchodzę do wanny. Tu skurcze zdecydowanie nabierają na sile. Są już co minutę. Cały czas myślę tylko aby dobrze oddychać, bo przecież najbardziej męczy się Wercia. Dobrze, że bratowa gaduła, to jej gadanie rozluźniało
O 16.20 zaczęło mi się robić słabo w wannie, więc zostałam wyprowadzona. Skurcze były już właściwie co pół minuty. Położna zbadała szyjkę - była zgładzona, ale rozwarcie tylko na 5 cm
Poza tym zaczęło jej się wydawać, że mam zielone wody. Zawołała jednego z lekarzy, który niczego takiego nie stwierdził, jednak dla pewności nie pozwolono mi schodzić z łóżka i podłożono białą szmatkę pod tyłek. O 16.30 podłączona zostałam do drugiej kroplówki z oksytocyną. O 16.40 przyszedł drugi lekarz (ten od masażu) i oczywiście badanie - szyjka rozwarta na 5 cm, zgładzona, ale cały czas twarda... Po wyjęciu ręki dodatkowo cała była w zielonych wodach. Szybka decyzja - cesarskie cięcie. Przewiezienie na salę operacyjną, włożenie cewnika, anestezjolog próbuje się wbić w kręgosłup do znieczulenia zewnatrzoponowego - nie daje rady, mam znieczulenie ogólne. O 17.00 zaczyna się operacja, o 17.20 Weroniczka jest na świecie - okaz zdrowia
Dostała 10 pkt. Okazało się, że po pierwsze nie reagowałam na oksytocynę, po drugie moja macica ma przegrodę, więc nie urodziłabym naturalnie, po trzecie łożysko przestało być wydolne w trakcie porodu. No ale wszystko pięknie się skończyło, tylko niestety cały czas mam problemy z pokarmem. Mam go niewiele, więc niunia dokarmiana jest sztucznym, wobec czego z ssaniem piersi są problemy, wiadomo z butli szybciej leci... No ale walczymy, odciągam pokarm laktatorem i mam nadzieję, że rozbujam produkcję.