reklama

Opisy naszych porodów

zapmarta, jeszcze raz serdeczne gratulacje!
Ja miałam podobne odczucia jak rodziłam Daniela (2001r) w sw. Zofii - opieka i obsługa przy porodzie super, natomiast po - masakra:no:
Pewne osoby minęly się niestety z powołaniem. Jedno jest pewne - szybko zapomnisz ból i rozczarowanie, bo teraz liczy się KTOŚ inny :-)
 
reklama
Kochana, gratulacje!!! Jestem z marcóweczek i podczytuję Wasze historie z porodówek. Chciałabym Cię pocieszyć. Mój Karolek (to samo imię!) też urodził się hipotrofią. Był niemiłosiernie chudy i miał problemy z utrzymaniem temperatury ciała. Dużo spał pod 10 kocykami :-) Ale szybciutko nadrabiał, przybierał na wadze tak ładnie, że po 2 miesiącach dogonił kolegów, a jak miał 4 miesiące to rodzina zwracała się do niego "panie Kalisz" ;-) Dziś jest wysokim wesołym i mądrym trzylatkiem :-):-):-) U Ciebie będzie podobnie. Koleżanki też mówią, że te mniejsze dzieci po porodzie szybciutko nadrabiają.
 
To teraz ja:-)

Jak wiecie dostałam skierowanie na patologię 2 tygodnie przed terminem porodu, by nie czekać aż zacznie się coś dziać, tylko od razu ciąć. Przynajmniej tak myślałam , że będzie.

Na patologię pojechaliśmy 1 lutego w niedzielę , bo właśnie wtedy miał dyżur szpital , w którym chciałam rodzić.

Przyjęto mnie na oddział i od razu podłączono pod ktg. Nagle zrobił się w okół mnie duży ruch. Zaczęto pobierać mi krew, wbito wenflon...Okazało się ,że na ktg wychodzą skurcze. Hmmm... ja tam ich zbytnio nie odczuwałam. Dało się wytrzymać, choż z każdą chwilą robiły się bardziej boleśniejsze.

Postanowiłam się zdrzemnąć,a gdy się ocknęłam w nocy - wszystko przeszło jak reką odjął.
Rano na obchodzie usłyszałam tylko tyle , że czekamy na dalszy rozwój akcji.Jak to na dalszy rozwój akcji???:confused:Przecież mieli mnie ciąć już.:crazy:. I tak mijał dzień za dniem. Raz skurcze łapały, raz odpuszczały. I tak w kółko. Nie miałam kogo zapytać co dalej ze mną , gdyż nie miałam w tym szpitalu swojego lekarza prowadzącego.

Nerwowo wytrzymałam tylko tydzień, albo aż tydzień.W poniedziałek postanowiłam iść do ordynatora ( nie było go przez cały poprzedni tydzień). Ordynator stwierdził, że trzeba czekać aż dziecko samo będzie chciało wyjść na świat, że oni nie robią cesarek wcześniej ( jak to wcześniej ?:confused:przecież to już 39 tydz:baffled:), bo dziecko może nie być przystosowane już do wyjścia na świat.....ble , ble, ble... gadanina.
To ja mu na to, że to nie jest moje pierwsze dziecko a ostatni poród postępował dość błyskawicznie, więc co będzie wtedy , gdy się zacznie i nie zdąrzą mi zrobić cc? Lekarz stwierdził, że to zmienia postać rzeczy i , że no to tniemy jutro.:dry:

Czyli jutro ( wtorek) ,myślę sobie.:baffled:Z jednej strony wyszłam z tego gabinetu zadowolona , z drugiej bałam się jak cholera.

Rano o 7 przyszła po mnie położna. Podpięła nowy wenflon, założyła cewnik i kazała się spakować. Ciekawe jak z cewnikiem.:-p:baffled:I kazała czekać.
O 10.30 wywiźli mnie na porodówkę. Najpierw krótki wywiad, wypicie 2 kieliszków czegoś słonego i idziemy.
Gdy weszłam na salę operacyjną zamarłam.:eek: Wszyscy w maskach ( żeby ich nie rozpoznać , czy co?;-)), a stół operacyjny to kawałek deski. Gdy już się połozyłam było mi wszystko jedno.
Anestezjolog wbiła się za pierwszym razem, uczucie ciepełka, nieczucie nóżek i brzuszka, kilka szarpnięć i mała już była na świecie-11.15. Głos miała taki donośny, że jak mnie zszywali słyszałam ją z drugiego pomieszczenia i korytarza.Najdłużej trwało zszywanie. Jakieś krwotoki były, przypalali mnie prądem. No a potem od razu na salę pooperacyjną. Po 10 min. przywieźli mi małą.Od czasu do czasu kwiliła, ale jak tu się nią zająć jak człowiek unieruchomiony?Na szczęście przyszła ciotka , która pracowała obok szpitala. Pomimo zakazu odwiedzin ją nikt nie wygonił. Miała biały fartuch.;-)

Najgorsze z tego wszystkiego ( tak jak pisze większość kobitek po cc) było pierwsze wstanie. I tu przeżyłam kolejny szok, kiedy to po 8 godzinach od cesarki kazano mi juz wstać.Jakoś doczłapałam się do prysznica, choć wszystko bolało.

Małą na noc zabrali mi, choć i tak w nocy nie spałam, bo podali mi kroplówkę z oksy na obkurczanie się macicy. Masakra.:baffled:Rano juz sama musiałam wstać.
Z kolejnym dniem było juz tylko lepiej. Choć nie miałam pokarmu mała wisiała mi na cycu po 1,5 godziny. Sutki krwawiły, ale zaowocowało to tym , że mała teraz kocha cysia.Na czwartą dobę wyszliśmy ze szpitala.
 
-j- jak widać też nie pozostajesz w tyle jeśli o ilość wrażeń 'okołoporodowych' chodzi. Dobrze, że z Wami wszystko dobrze. Co się nadenerwowałaś, to już Twoje i nie cofniesz tego, ale sama na pewno wiesz, że warto było :) Pozdrawiam i powodzenia!
 
-j- uuu, nieźle Ci napsuli nerwów!!:szok: dostałam gęsiej skórki czytając Twój opis!! mam nadzieję, że zybko wracasz do sil- bo przy trójce Bąbli to musisz jej mieć więcej niż my wszystkie!!

przytulenia dla Ciebie i Amelki!:-)
 
J wspólczuję tej dyskusji z ordynatorem, dobrze że wyszło na Twoje, bo równie dobrze mogli Cię trzyzmać na patologii 4 tygodnie:baffled:. Super opisik, mam nadzieje że już ładnie wsyztsko sie wygoiło.
 
Aż sama sobie się dziwę, że tak szybko doszłam do siebie.Mąż straszy , że wróci do pracy jak tak za wszystko będę się brała.
Rana zagoiła się, nie miałam z nią żadnych przykrości. W domku (tak jak w szpitalu mi robiono)szew przemywałam rozcieńczonym spirytusem.No i ruch, ruch i jeszcze raz ruch. Leżąć krzyż i gnaty mnie bolą.
Nie mówię , że do końca nic mnie nie boli. Ale takie raz na jakiś czas ukłucie da się przeżyć.
Przynajmniej podwozie całe.;-):-D
 
Poród jak i opiekę na bloku porodowym wspominam wyśmienicie, natomiast to czego doświadczyłam na po porodowym było strasznym przeżyciem dla matki, która walczy z personelem o jedzenie dla swojego dziecka, z samotnością, bo był całkowity zakaz odwiedzin. Do tego dziesiątki badań małego, sine od igieł rączki i nóżki synka, opieka położnych, nauka laktacji pozostawia wiele do życzenia.
Ja trafiłam tylko na 2 pielegniarki, które mi pomogły. Nie miałam w ogóle pokarmu, mała zaczeła bardzo tracić na wadze. Pielegniarki kazały mi ja karmic, ona wisiała na cycu ale nie miała co jesć. W końcu trafiłam na pielegniarke, ktora sie nami zajeła, pokazał jak Zosie przystawiać i jak zobaczyła, że faktycznie nie mam pokarmu to przyniosła butelkę. Mała mleko dosłownie wchloneła, taka była głodna. Ja się troche uspokoiłam i z laktacją zaczeło byc lepiej. A Zosia jak była taka potrzeba to dostawała butelkę.
 
reklama
Korzystając z chwilki, że moja mała terrorystka śpi (zapewne mam tylko 15 minut :tak:) opiszę swój poród. Nie było bardzo ciężko, ale łatwizna to też nie ;-) Mam nadzieję, że jakoś, kiedyś dam radę przeczytać Wasze opisy :-)
.05.02 poszłam do szpitala z mocnymi bólami krocza i odchodzącym czopem. Oczywiście na KTG nie wykazywało skurczy, ale podczas badania okazalo się, że szyjka skrócona na 1,5 cm i rozwarcie na 3 cm. Lekarka zdecydowała żebym została już do porodu w szpitalu. Byłam pewna, że sobie przynajmniej 2 dni poleżę :-D W piątek 06.02 około godz. 8.45 był obchód i dowiedziałam się, że rano na KTG wykazało skurcze. Poszłam więc do badania i tam - szyjka skrócona na 0,5 cm, rozwarcie na 4 - usłyszałam "No to idziemy na porodówkę". O masakra, przecież mieliśmy poczekać do soboty, przecież moje Kochanie w Krakowie, przecież ja nie chcę sama. Zadzwoniłam do niego i oczywiście razem płakaliśmy, każde w swoją słuchawkę. No ale co poradzić, tak widocznie miało być. Dostałam lewatywę, która oczywiście na mnie nie działała, musiałam i tak się zmuszać. A najlepsze było to, że ja w ogóle nie czułam skurczy, wciąż tylko to ciągnięcie w kroczu. No ale w końcu, o 10.00 wylądowałam na porodówce - w boksie porodów rodzinnych, bo bratowa była ze mną
new_smile.gif
Ogólnie to powiem Wam, żebyście brały do porodu swojego faceta lub kogoś bliskiego. Nie wyobrażam sobie leżeć tak kilka godzin i tylko liczyć skurcze.
Od razu dostałam oksytocynę, bo skurcze były słabe, bo byłam po in vitro, więc nie chciano by doszło do jakiejś awarii. Na początku podłączenie do KTG i leżenie by sprawdzić skurcze i tętno malucha w spoczynku. No i tak leżałam sobie godzinkę, gadałam z bratową i tylko od czasu do czasu czułam mocniejszy skurcz. W końcu przyszła pora na badanie przez położną stanu szyjki - o masakra, te badania wspominam najgorzej, bolało jak jasna cholerka
new_smile.gif
Ale fakt, że po tym badaniu skurcze zrobiły się bardziej intensywne. Mogłam sobie trochę pochodzić, pokucać, pokręcić biodrami. Skurcze zrobiły się mocniejsze, ale nie bolały tak bardzo - takie bóle miesiączkowe tylko 2 razy silniejsze. Za chwilę kolejne badanie, tym razem przez lekarza, który w gratisie zrobił mi masaż szyjki. Dziewczyny, gdybym mogła wywierciłabym tyłkiem dziurę w fotelu
new_sad.gif
Okazuje się, że postępu nie ma. Lekarz mówi, że jeżeli do końca kroplówki nic się nie ruszy, dadzą mi przespać noc i rano od nowa. Dzwonię do Kochanego, on oczywiście zadowolony, bo jest szansa, że będzie przy narodzinach córeczki. Około godz. 14 czuję, że jednak skurcze się nasilają. Muszę znowu trochę poleżeć, bo na KTG wyszły jakieś zachwiania tętna i nie wiadomo czy to przez moje chodzenie i gubienie zasięgu przez sprzęt, czy to coś z malutką. Po pół godz. kolejne badanie, staram się rozluźnić, ale to okropnie boli. Postęp akcji znikomy, zapada decyzja o przebiciu pęcherza płodowego i spuszczenie wód dla przyspieszenia akcji. Czyli jednak rodzimy dziś... Wody czyściutkie jak łza, z małą wszystko w porządku
new_smile.gif
Rzeczywiście skurcze są coraz częstsze i mocniejsze. Cały czas jednak do zniesienia, zastanawiam się o co tyle krzyku? No tak, ale ja mam rozwarcie dopiero, a właściwie cały czas tylko 4 cm
new_msn-wink.gif
O 16.00 wchodzę do wanny. Tu skurcze zdecydowanie nabierają na sile. Są już co minutę. Cały czas myślę tylko aby dobrze oddychać, bo przecież najbardziej męczy się Wercia. Dobrze, że bratowa gaduła, to jej gadanie rozluźniało
new_msn-wink.gif
O 16.20 zaczęło mi się robić słabo w wannie, więc zostałam wyprowadzona. Skurcze były już właściwie co pół minuty. Położna zbadała szyjkę - była zgładzona, ale rozwarcie tylko na 5 cm
new_sad.gif
Poza tym zaczęło jej się wydawać, że mam zielone wody. Zawołała jednego z lekarzy, który niczego takiego nie stwierdził, jednak dla pewności nie pozwolono mi schodzić z łóżka i podłożono białą szmatkę pod tyłek. O 16.30 podłączona zostałam do drugiej kroplówki z oksytocyną. O 16.40 przyszedł drugi lekarz (ten od masażu) i oczywiście badanie - szyjka rozwarta na 5 cm, zgładzona, ale cały czas twarda... Po wyjęciu ręki dodatkowo cała była w zielonych wodach. Szybka decyzja - cesarskie cięcie. Przewiezienie na salę operacyjną, włożenie cewnika, anestezjolog próbuje się wbić w kręgosłup do znieczulenia zewnatrzoponowego - nie daje rady, mam znieczulenie ogólne. O 17.00 zaczyna się operacja, o 17.20 Weroniczka jest na świecie - okaz zdrowia
new_smile.gif
Dostała 10 pkt. Okazało się, że po pierwsze nie reagowałam na oksytocynę, po drugie moja macica ma przegrodę, więc nie urodziłabym naturalnie, po trzecie łożysko przestało być wydolne w trakcie porodu. No ale wszystko pięknie się skończyło, tylko niestety cały czas mam problemy z pokarmem. Mam go niewiele, więc niunia dokarmiana jest sztucznym, wobec czego z ssaniem piersi są problemy, wiadomo z butli szybciej leci... No ale walczymy, odciągam pokarm laktatorem i mam nadzieję, że rozbujam produkcję.
 

Nowe wątki

reklama
reklama
Wróć
Do góry