Wpadam tylko na chwilę. To co wczoraj przeżyliśmy to jakiś obłęd... gorączka majki zwiększała się z minuty na minutę i nie mogliśmy jej zbić, poleciałam do apteki, pani dała mi silniejszy paracetamol(150mg) bo miałam 80tkę i kupiłam termometr taki cyfrowy do mierzenia w 3 sekundy na czółku. Kupę kasy wydałam ale co tam, nie miałam serca co 10 minut mierzyć w pupie. Wróciłam, mała miała 38st po nurofenie i zasęła, niecałe 2 godziny później zaczęła stękać, zmierzyłam temp. 40,3!!! Szybko dostała czopka, mimo że od ostatniej dawki nurofenu nie mineły nawet 4 godziny, szybko wanna z wodą o 12 w nocy i czekaliśmy aż spadnie. Po drodze jeszcze zaczęła wymiotować bo przez katar nie mogła oddychać. Maja lała mi się przez ręce, już byłam spakowana do szpitala. Po 15 minutach kąpieli w letniej wodzie gorączka spadła do 39, potem czopek zaczął działać i udało się zbić do 38. Mała zasnęła, o 3 miała znów ponad 39 i znowu dostała czopka. Ja się w ogóle nie kładłam, siedziałam przy niej do rana i co 10 minut mierzyłam temp. Rano pojechaliśmy do lekarza, niby wszystko ok, wygląda na trzydniówkę teraz czekamy na wysypkę do czwartku powinna się pojawić. Temperatura w tej chwili waa się między 37,5-38,5 więc chyba jest poprawa.
Pojechałam rano do pracy, wzięłam laptopa, wysłałam wniosek o urlop na cały tydzień, niech się dzieje co chce, nawet jeśli mieliby mnie zwolnić...
Modlę się żeby to wszystko sie już skończyło, pierwszy raz w życiu miałam takie uczucie strachu, tak bardzo się bałam że Maja zaśnie i ja też i że ona się nie obudzi... dzisiaj też pewnie nie zasnę :-(
Maja śpi teraz, Zuzia ogląda bajki, z nią już lepiej, a ja siedzę ryczę zamiast pracować... ech.... wybaczcie że tu napisała ale musiałam to z siebie wyrzucić..