Nie da się opisać co czuję.
Wróciłam od Majki. Nasza dr prowadząca zagdnęła mnie odrazu, równie rozemocjonowana jak ja. Tak, to wszystko prawda. Maja we wtorek rano pojedzie karetką do Pyrzowic na lotnisko, a stamtąd samolotem do POznania - samolotem, bo helikopter nie lata tak daleko. Ha, a co ważne...ja lecę razem z nią !!!

Pani dr poradziła, aby się duzo modlić, by tym razem wszystko doszło do skutku - no to jej mówie, że i w Częstochowie byłam, a codziennie zdzieram kolana w domu i kościele, że już o "połowie Polski" zaangazowanej w modły nie wspomnę he he.
Dalej. Wchodzę do Majki, a siostry z tekstem, że Maja to juz chtba czuła, że mama się zbliża bo tak zaczęła im łobuzować, że rady nie mogą jej dać. Faktycznie, fikała i w poprzek łóżeczka leżała, machając czym się da.
Tyle jej swobody, bo ściągnięto jej te duże noski i założone te zwykłe małe, z czystym tlenem, przepływ minimalny, bo radzi sobie z saturacją.....hurrra.
No to i Majcik szaleje, gimnastykuje sie jak może, tyle przecież wylezala.
A ten jej uśmiech....achh, tyle czekałam...tak ładnie się bawi, uśmiecha do zabawek, do nas...wreszie ją przytuliłam, choć na jednej ręce bo wciąż ma cewnik zaałożony. Ależ było nam dobrze, obie tęskniłyśmy za tą bliskością drugiej...echhhh, miodzio.
Wierzę, że nasze prośby zostaną wysłuchane, i teraz to juz naprawdę będzie piękny finał wszystkiego.
Mamo Kubusia, Ines oraz inne mamusie, które straciły swoje pociechy...zawsze będziemy o nich pamiętać. Rozumiem tę pustkę, bo sama pochowalam pierwszą córeczkę. Ale cóż my możemy...żyć dalej i wierzyć, że kiedyś się spotkamy.
POzdrawiam wszystkich. Ależ się rozpisałam....to te emocje. W dodatku to nie koniec. Buzka :-)