Hej Kobity! :-) Fajne tematy tutaj od rana ;-)
Miałam wczoraj wpaść wieczorem, ale moje Kochanie zaskoczyło mnie kolacją przy świecach i nie miałam serca... ;-) hihi...
A no właśnie... U nas to jest tak, że oboje jesteśmy na co dzień trochę nierozgarnięci, ale jak przychodzi co do czego, to stajemy na wysokości zadania i dajemy sobie radę z problemami. G. jest baaardzo romantyczny, nie ma dnia, żeby przynajmniej z 5 razy nie powiedział, że mnie kocha

Zresztą - vice versa ;-) Kiedyś, jak byliśmy jeszcze "świeżą" parą, pisał mi wiersze, nawet kiedyś jeden nagrał i podłożył tekst do mojej ulubionej melodii z jednego z filmu i wyszło takie cudo, że bajka :-) Jest czuły i troszczy się o nas bardzo, mogę mu zaufać i to chyba pierwszy facet, któremu "oddałam się" mentalnie, bo nie boję się, że mnie skrzywdzi.
Co do decyzji o dziecku, to dłuższa historia... Rok temu G. popadł w depresję jakąś, wszystko było na "nie"... A ja miałam już dosyć jego niezdecydowania

Dużo mówilam o tym, że chciałabym się ustatkować, że on mógłby się określić, bo jeśli faktycznie chce spędzić ze mną życie, to nie ma na co czekać. Ale on pozostał głuchy na to wszystko... :-( Zbliżała się nasza 2 rocznica bycia razem, po cichu liczyłam na to, że może mi się oświadczy - to był 5 lipca 2010. Ale... cisza... :-( Mieliśmy wtedy duże problemy finansowe, na głowie szukanie mieszkania i przeprowadzkę a do tego zepsuło się auto bez którego nie da rady funkcjonować tutaj.

Było mi przykro, bo mimo problemów odłożyłam jakiś grosz "po cichu" i dostał ode mnie prezent na rocznicę, a ja nie dostałam nawet kwiatka głupiego... Tak, jakby nie było tego dnia...

Nie dość tego, 3 dni przed rocznicą G. wyciął mi taki numer, że do końca życia chyba będę to pamiętać

Wykazał się totalnym brakiem odpowiedzialności, do tego stopnia, że nie wytrzymałam i powiedziałam mu, że to koniec - niech sobie wraca do Polski i da mi święty spokój, bo nie chcę go już widzieć... Ale zrozumiał, przeprosił, była rozmowa o odpowiedzialności i dorosłości...
I nastał ten dzień, 31 lipca 2010, kiedy to Kochanie uklęknął przede mną i zapytał, czy zostanę Jego żoną

Odpowiedziałam, że tak :-)
Tamte trudne chwile bardzo nas zbliżyły do siebie i G. chyba wydoroślał w końcu i zrozumiał, co jest dla Niego ważne. Wcześniej na pytania o dziecko odpowiadał "kiedyś przyjdzie taki moment", po zaręczynach stwierdził, że nie ma na co czekać. Daliśmy sobie czas do końca roku, bo akurat zmieniałam prace i nie chciałam od razu zajść w ciążę, bo były szanse na stałe zatrudnienie. W trakcie, po 2 miesiącach pracy zrozumiałam, że moja firma jest jaka jest i mogę tak pracować tymczasowo jeszcze z 5 lat, więc nie ma na co czekać, skoro oboje tego chcemy. I w październiku wzięłam ostatnią tabletkę :-)