a ja dzisiaj juz nie spie od 5 - uroki macierzyństwa

))
a w glowie mam metlik... wlasnie czytalam Wasze posty - bezsenna i Emejj i chyba dlatego mam troszke metlik, bo zaczelam zastanawiac sie co ja wlasciwie czuje do ojca mojego dziecka; i wiecie - doszlam do wniosku, ze te uczucia sa jak sinusoida - raz jestem pelna nienawisci a innym razem jest mi on calkowicie obojetny; i mysle, ze kazda z nas przez to bedzie przechodzic - w zaleznosci od sytuacji; nienawidzilam go w chwili, gdy sama musialam sobie ze wszystkim radzic - gdy martwilam sie, ze powinnam lezec - zalecenia lekarza a sytuacja mnie zmuszala do pracy po 12 czasami nawet 14 godzin; nienawidzilam go wtedy, gdy juz malenstwo sie pojawilo na swiecie i tak cierpialo i musialam z nim jechac do lekarza a on mial to gleboko w d..., choc przeciez chodzilo o dobro dziecka, no Q... jego w koncu tez dziecka; i wiele jeszcze innych takich chwil, w ktorych zyczylam mu wszystkiego co najgorsze; nawet od paru ostatnich dni, gdy przygotowuje wszystko dla adwokata i niestety musze wracac do tego wszystkiego co mnie spotakalo; i nienawidze go za to, ze zamiast polozyc sie kolo mojego dziecka, przytulic sie - ja siedze nad papierami, rachunkami, bo d... trzeba udowodnic ile kosztuje dziecko (paranoja); i nienawidzilam go za to jak powiedzial, ze on nie chce byc ojcem tego dziecka, ze je uznal, bo... a teraz nie chce byc, bo ja go niby zmusilam swoim postepowaniem, zeby sie wycofal z jego zycia; i tak sie zastanawiam, czym niby?? tym, ze mogl przyjezdzac do malego kiedy chcial i mogl z nim byc ile tylko chcial, i ze krylam go przed jego zona (klamalam,ze nie mamy kontaktu i wogole); a pozniej sie dziwimy, ze dochodzimy do wniosku, ze dobro nie poplaca??!! ja juz sie chyba niczemu nie dziwie;
a obojetny mi jest, gdy patrze na swoja kruszynke, ze czuje, ze ona tylko ma mnie i musze byc silna, zeby chociaz postarac sie go wychowac na dobrego czlowieczka; ze tylko ja go nosze, przytulam, caluje; ze tylko ja czuje jego zapach, widze kazdego dnia jak sie rozwija itd - wlasnie wtedy "tatus" jest mi obojetny - chyba; bo w koncu ja mam, i owszem - duzo problemow, zmartwien, ale to ja mam ta kruszynke, ktora kazdego dnia mnie zadziwia i tylko ja moge cieszyc sie swoim dzieciatkiem;
ale czy to jest obojetnosc?? skoro czuje satysfakcje, ze chociaz w tym go los pokaral, ze omija go tyle cudownych chwil - niepowtarzalnych chwil dzieki Maksowi?? chociaz czy oni kiedys to zrozumieja, stana i zastanowia sie i dojda do wniosku...ze sa niczym, ze sa bagnem, ze ssa sami, ze wlasne dzieci nie chca ich znac i nie maja do nich zadnego prawa, wlasnie dzieki swojemu zachowaniu??!! moze...
eh...
...ale sloneczko swieci i zycze wam milutkiego spokojnego dzionka; my jestesmy silne, damy rade, bo chociaz my mamy dla KOGO!!!
a "tatusiom"?? mam nadzieje, ze i tak jakos im sie los odwdzieczy i to nie za krzywde jaka nam wyrzadzili, ale za krzywde wyrzadzona naszym dzieciaczkom

))