Mnie raczej rzadko głowa boli, a do tego krótko i niezbyt mocno. Ale to co teraz to masakra.
I przez to w środę pokłóciłam się z J, bo po pracy miałam mnóstwo tematów do załatwienia, a głowa tak bolała, że każdy dźwięk sprawiał mi ból. Ale pozałatwiałam wszystko tylko zostało mi kupić watę do hodowli rzeżuchy dla Marysi i iść wydrukować i zbindować baśń, którą Bartek napisał na konkurs. Dzieci dokazywały, bo chciały teraz i już natychmiast, ale chciałam najpierw zrobić jedzonko dla J jak wróci z pracy. I pomyślałam, że razem się przejdziemy na spacer. Załatwimy sprawy i może mi ten ból trochę przejdzie. A J wrócił, stwierdził, że jeść nie będzie, bo już sobie pojadł, a na spacer możemy iść samu, bo on dzisiaj rowerem jeździł. Na co mu odpowiedziałam, że ja już dzisiaj ludzi widziałam i poszłam się położyć. Potem miałam wyrzuty sumienia, bo J próbował wytłumaczyć dzieciom, że może wcale tego nie potrzebują. Mary się rozpłakała to tatuś do sklepu poszedł, ale waty nie było i nie miał pojęcia, gdzie watę kupić. Z Bartkiem nie potrafili zrzucić pliku na pendrive. Na koniec podpowiedziałam Mary, że ma wysłać tatę do apteki, a Bartkowi jak to zgrać. I po dobrych dwóch godzinach J uporał się z dwoma prostymi sprawami. A mogliśmy po prostu iść na spacer. Jak przyszedł do sypialni to nic nie powiedział, ale widziałam, że trochę głupio mu było.