caly dzien spi... budzi sie na jedzenie, potem placze okrutnie, w gardle cos jej chlusta, cos przelyka potwornie, placze dalej, skaczemy na pilce, przytulamy, zasypia. wtula sie potwornie mocno... odkladam do lzoeczka wrzask. spi tylko przytulona albo bujana w lezaczku. przestaje bujac budzi sie. placze jakims takim cierpietniczym piskiem. ja nie moge sie przekimac, bo musze kurcze bujac. absolutnie nie jestem na nia zla ani nic z tych rzeczy. jestem coraz bardziej zmartwiona jej stanem (trwa od wczoraj) i duza iloscia olbrzymich lejacych sie kup no i jestem padnieta jak nigdy w zyciu. poszla wczoraj spac po polnocy a wczesniej juz nie wiedzielismy co zrobic. ja sie ze zmeczenia prawie przerwcalam, m to juz w ogole mial sile tylko siedziec. ciagle stekala, machala raczkami, kopala nozkami i widac bylo, ze spac chce ale cos jej przeszkadzalo. goraczki nie ma. policzki niby lekko zarozwione ale mi sie ona blada wydaje. nie wiem juz co robic. a nawet jesli wpadne w koncu na to, co robic, to nie bede miala sily tego zrobic... porazka. ostatnimi silami powstrzymuje sie, zeby zadzwonic do mamy i blagac, zbey rzucila prace i do mnie przyjechala... wczoraj musialam wychodzic z pokoju, zeby zosi krzywdy jakiejs nie zrobic, bo przestawalam nad soba panowac, m tez, wiec sie zamienialismy. wszyscy padalismy ze zmeczenia. jakis horror. a dzis spi caly dzien, wiec pewnie tez pojdzie spac po polnocy. ja piernicze... obudzilabym ja, bo wystarczy, ze przestane bujac ale wtedy bedzie znowu strasznie plakac a ja kompletnie nie mam sily a ni jej nosic ani nic. spaceru dzis na pewno nie bedzie...