ola fajnie to opisałaś, ale szczerze Ci współczuję :-( ja jak byłam w ciąży to mój J był na zawołanie zawsze obok mnie, zawsze mnie wspierał mogę powiedzieć, że jakbym chciała to na rękach by mnie nosił, a jak Kubuś się urodził to we wszystkim mi pomagał, zmieniał pieluchy, kąpał małego zajmował się nim w każdej wolnej chwili.
A ostatnio przyszedł z wielkim oburzeniem i fochem, że za mało się staramy i nic nie wychodzi.
A ostatnio przyszedł z wielkim oburzeniem i fochem, że za mało się staramy i nic nie wychodzi.
Ostatnia edycja:
gratulacje!!!
Teraz nie czuję już za specjalnie jego ciepła, ale to dość naturalna tendencja w małżeństwie, więc się za bardzo nie przejmuję - ważne, że nie ma patologii i mimo wszystko trzymamy się razem. Ja się ciągle staram 'usamodzielnić' - uczę zajmować własnymi sprawami i nie wściubiać nosa w jego sprawy - co jest dla mnie trudne, ale pracuję nad tym. I uczę się też nie oczekiwać od niego za wiele, bo w razie zawodu, ja najbardziej cierpię, a to przecież bez sensu. Życie uczy mnie, że liczyć można tak naprawdę tylko na siebie, więc stopniowo wyzbywam się oczekiwań w stosunku do kogokolwiek i uczę córcię samodzielności.
miłości w naszym związku nigdy nie było mało i dalej trwa... Moja babcia mówi, że takie stare, a jeszcze nam się na czułości zbiera