Gosik, to ja trzymam kciuki za Twoją emocjonalną ewolucję i naukę przyjmowania czułości. Ja bym chciała z siebie to dać, bezinteresownie, ale skoro nikt tego ode mnie nie chce, to jestem teraz oschła. Nic nie chcę od nich i z siebie też nic nie dam.
Mój mąż też nie był czułości nauczony. Wszystkiego trzeba bylo go uczyć. Uważał nawet, że nie wolno mówić, że się kogoś kocha, bo uczucie wtedy traci znaczenie (to co, może miałam czytać mu w myślach i zgadywać - kocha czy nie kocha?)! Nie potrafił też okazywać uczuć. Nosz pdawdziwa orka na ugorze...
Ale na szczęście szybko mu się spodobało, zrozumiał, że na tym właśnie miłość polega i stał się przylepką całuśną (oczywiście tylko w domu, bo na ulicy to nie widać, że my małżeństwem jesteśmy)

Tak więc nawet najtrudniejszy przypadek da się nawrócić emocjonalnie

Gosia, jest dla Ciebie nadzieja
