Ja poroniłam w kwietniu. Do tej pory to pamiętam, od momentu, kiedy pojawiłam się w szpitalu, do chwili kiedy go opuściłam. POmijam kwestię stosunku lekarzy - czułam się jak w warsztacie samochodowym - otaczali mnie bez wątpienia świetni FACHOWCY, ale kiepscy LUDZIE. Nikt nie wytłumaczył mi jak to się mogło stać, dlaczego, co mam ze sobą dalej robić, wypisano mnie szybko i bez słowa - to ja ganiałam za lekarzem po korytarzu, żeby oświecił mnie, co dalej, na co zwrócić uwagę, co powinno budzić mój niepokój. Zupełni jakbym wychodziła z gabinetu po dokonaniu manikiuru. Pan doktor udzielał mi konsultacji na temat mojego życia intymnego na korytarzu, z kręcącymi sie za plecami pacjentkami, przy kontuarze za którymi siedziały rozchichotane pielęgniarki. Czułam się jakby ktoś mnie strzelił na odlew.TO tylko mała częśc tego co przeżyłam w, wydawałoby się, sztandarowym szpitalu ginekologiczno położniczym w mieście stołecznym.
Co teraz? Trochę przeszło. Ale niestety pozostała złośc i gniew.
Cały czas gdy patrzę na kobiety w ciąży i z małymi dziećmi, odwracam wzrok, żeby nie zalać się łzami.Dzisiaj spotkałam koleżankę, która ma termin na listopad - to tak jak ja bym urodziła moją Anielkę! To nmie nachodzi jak sinusoida - jest dobrze, patrzę optymistycznie w przyszłość, ale gdy sobie to przypomne nie potrafię sie powstrzymać przed płaczem. Z moim facetem próbujemy już od paru miesięcy na nowo- narazie nic. Czasami nachodzą mnie czarne myśli, że może coś za mną jest nie tak?