Rozmowa z lekarzem,który nam to mówi jest żenująca-zabawa w kotka i myszke.Nie wiemy nadal o co chodzi,co się stało, na czym będzie polegała operacja. Wypisu nie dostajemy do ręki,jedzie szczelnie zamknięty w kopercie w rękach sanitariusza. Nie mogę jechać z żoną,poniewaz musze nazajutrz muszę osobiście odebrać dziecko ze szpitala (Julka tydzień dostaje antybiotyki na zapalenie płuc). Kiedy docieram do Łodzi,żona jest już po operacji. Wszystko staje się jasne. Zastaję ją płaczącą na oddziale gdzie 80% ludzi leczą na raka jelita. Nie,nie Ona wcale nie ma raka, tylko to jedyny szpital,który ma odpowiednich (WSPANIAŁYCH) fachowców,którzy potrafią naprawiać zwieracze odbytu. Pierwsze zdania jakie słyszy od nich to : Boże jedyny, kto pani zrobił taką krzywdę, w dodatku rana jest zakażona,gdyby pani trafiła tutaj zaraz po porodzie byłaby szansa na jedna operację a tak będą conajmniej TRZY. Więc pierwsza operacja to wyłonienie stomii. W skrócie: wyciągnięcie przez skórę na brzuchu jelita aby w ten sposób do worka odprowadzać produkty przemiany materii. Zostajemy w szpitalu tydzień. W tym czasie trwa walka o odkażenie rany i doprowadzenie żony do wzglednej równowagi fizycznej. Dostajemy do ręki wypis z Bydgoszczy, w którym czytamy "samoistne pęknięcie poporodowe czwartego stopnia z przetoką". Co za hipokryzja i cholerna bezduszność. Szpital już się asekuruje na wypadek pozwu sądowego. Po dwóch tygodniach walki o życie, żona wraca do domu i córeczki. Mijają miesiace z workiem na brzuchu. Odbywamy częste "wycieczki" na trasie Bydgoszcz-Łódż na kontrole i konsultacje.Zapada decyzja o drugiej operacji. Julia kończy 9 miesięcy i zostawiamy ją na kolejne 8 dni. Operacja udaje się. Trzecią operację żona przechodzi pod koniec września 2009r. To kolejna rozłąka z córeczką i kolejna porcja operacyjnych cierpień. Pzysięgam,że nigdy nie zapomnę sceny, kiedy jedzie na salę operacyjną i muszę puścić jej rękę i zostać przed drzwiami płacząc z bezsilności i strachu. Teraz żona dochodzi do zdrowia w domu. 16 miesięczna Julka zastanawia się dlaczego mamusia "nie chce" jej brać na rączki. Na moje namowy o oddanie tych konowałów do sądu,żona płacze i mówi,że jedną traumę przeżyła,ale drugiej sądowej może nie przeżyć.Ja w każdym razie będę dalej ją namawiał, i mam nadzieję, że spojrzymy sobie z "położną" w oczy na sali sądowej. W cywilizowanym kraju taki oddział zamknęliby na cztery spusty i zrównali z ziemią. Nasze życie,plany,marzenia "przemili kwazimedycy" zmienili w jednej chwili. Już nie bedziemy mieli więcej dzieci.Żona miała w ubiegłym roku obronić doktorat. Tak,wiec moje miłe przyszłe mamy, trzymajcie się od Szpitala Miejskiego nr 2 w Bydgoszczy z daleka,jeśli chcecie decydować same o swoim dalszym życiu. P.S. Mam nadzieję,że te kilka zdań przeczytają też położne i lekarze ze Szpitala Miejskiego nr 2 w Bydgoszczy i może chociaz zrobi im sie przykro albo głupio. Przecież to oni ślubowali "Po pierwsze nie szkodzic" pacjentowi.