Cześć. Jestem w podłym nastroju. Zapłakanym od rana. Mam wszystkiego dość. Wczoraj wieczorem znów wróciły bóle podbrzusza jak na @. Mała zaczęła szaleć, jakby chciała brzuch rozerwać. Zaczęły mnie boleć pachwiny i w pewnym momencie tak gorąco mi się w środku zrobiło. Położyłam się i po 1 w nocy zasnęłam. W nocy obudził mnie skurcz lewej łydki. Rewelacyjnie szło mi jego wypędzanie zwłaszcza, że do stopy sama nie sięgam, by móc wygiąć palce. Rano jak wstałam o 8, to nie mogłam sobie wydusić pasty do zębów na szczoteczkę, bo od nadgarstków do końców palców nie czułam dłoni. W tej chwili jest nieco lepiej, ale nadal mam drętwienia. Boli jak przy reumatyźmie. Do tej pory mogłam włożyć obrączkę M. Dziś mogłam o tym zaledwie pomarzyć, więc same sobie wyobraźcie jak mi ręce napuchły. Kostki nóg mi się nie zginają, więc jak szłam z psem, to po schodach toczyłam się 10min. W górę jeszcze dłużej. Buzia zaczęła mi puchnąć. Dalej bolą pachwiny i dół brzucha co jakiś czas się odzywa. Wróciłam ze spaceru zdruzgotana, bo to ledwo przed 9 było, a już gorąco jak cholera. Strach myśleć co będzie dalej. Po powrocie do domu usiadłam w kuchni i się po prostu poryczałam. Jestem jak niepełnosprawna. Jest mi bardzo źle. A najbardziej w tej chwili boli fakt, że jestem sama. Teraz, kiedy tak bardzo potrzebuję M przy sobie, on jest setki km ode mnie. Od nas. Nie radzę sobie z tym... Wiedziałam, że nie idę w kolorowe życie, ze względu na jego przeszłość. Ale dlaczego akurat w takim momencie muszę być sama? To najprawdopodobniej najważniejsze dni mojego życia. Naszego życia. Drugiego dziecka pewnie mieć nie będziemy. A ja ostatnie dni ciąży przy takim samopoczuciu jestem sama jak palec. Nie potraficie sobie wyobrazić jak wyć mi się chce i co czuję.
Przepraszam, że tak depresyjnie. Ale nie mam sił na optymizm i uśmiech.
I przepraszam, że tylko o sobie.