ten wątek będzie tylko mój
wiecie co no dziś b ył mega rekord serio aż przez własne dziecko poczułam się zawstydzona i zmieszana
mieliśmy spięcie w sklepie o plastiokowy domek dla dzieci do ogrodu Szymek w nim siedział dośc długo i w końcu go wyciągnełam i się tak wił jak wąż i płakał krzyczał no ale go niosłam i mówiłam do niego spokojnie nie płacz spokojnie tłumaczyłam że teraz już nie możemy być w domu że jeszcze wrócimy tam kiedyś ok płacz więc powiedziałam że koniec biegania po hali posadziłam do wózka na zakupy i basta. płakał jak wścieklizna i pani z promocji minn2 chciałą dać mu naklejkę a on bach wywalił jej wszystko z koszyka jak podeszła i biedna musiała to zbierać.
ale mi było głupio przeprosiłam fakt
no mówię wam tragedia się z niego robi walczy jak goliad o władzę a ja staram się być twarda ale zastanawiam się jak długo tak ma być. to jego płakanie wycie udawanie krzyki machanie łapami - jedno szczęście że nie kładzie się na ziemi i nie tupie nogami
a już dzień zapowiadał się tak fajnie basen bez stresu i w nagrodę byliśmy pierwszy raz na jeździe na koniuku i było super sympatycznie i co proszę o 17 wulkan pokazał.
Od Was zaczerpniąta metoda: liczę do trzech. Raz, dwa, i ostatnie moje słowo - trzy.
Moja Julka też tak miała, jak byłyśmy w empiku, tam jest karuzela, jak chciałam już iść to mi urządziła cyrk.
Teraz mówię:
Julcia, za 5 minut idziemy do domu, pobaw się jeszcze, a za chwile już idziemy.
Julcia za 2 minutki idziemy, pobawiłas się już?
Julcia pora iść. Pomachaj na pożegnanie karuzeli: ona: papa karuzelko!!!
Przyjdziemy jeszcze tutaj, teraz pora iść do domu.
Zauważyłam, ze ostrzeżenie, że niedługo pora iść do domu i zostawienie jej jeszcze na jakiś czas naprawde przynosi dobry rezultat. Wczoraj byłyśmy na basenie, jak mówię, że pora iść, to mam krzyk natychmiast.
Mówię: wiem, ze nie chcesz jeszcze iść, ale już nasz czas się kończy. Pobaw się jeszcze chwile, pokąp się i zaraz wychodzimy.
Potem no, wychodzimy: licze do trzech: raz, dwa, trzy. I już mam dzidzię przy sobie.
Trochę kwęczała, ale to nic w porównaniu z histeria w jaką wpadła jak chciałam ją zabrać natychmiast. Szła ze mną grzecznie. Powiedziałam, ze przyjdziemy jeszcze na pewno, że teraz idziemy pod prysznic i tam tez jest super. I koniec rozpaczy.
Poza tym wcześniej mnóstwo razy leżała mi na chodniku, albo najlepiej na skrzyżowaniu tuneli w przejściu podziemnym. Genialnie. Aż jeden facet przystanął i zapytał: To pani pierwsze dziecko?
Ja mówię ze tak.
A on na to: no to ma pani problem.
Nie zdąrzyłam spytać go co ma na myśli, bo szybko odszedł, ja miałam na niego nerwa, a ta się wiła na chodniku i ani myśli wstawać.
Liczę do trzech jeszcze wtedy nie działało. Więc za łapę i siłą, wijącą się, wrzeszczącą, gryzącą, szczypiącą, kopiącą. Do tego miałam minę jakbym niosła ziemniaki do domu.
Spróbowała kolejny raz. Tak samo się dla niej skończyło, ja wyczerpana.
Raz jak byliśmy z Bartem też tak zrobiiła. Najpierw ostrzeżenia, hasło, że takie zachowanie nam sie nie podoba, wstajesz, czy mam cię podnieść. NIE!!!
No to on za jedną łapę ja za drugą i wrzeszczaka spokojnie do domu.
Następnym razem byłam sama, położyła się znowu w tym samym miejscu. Tylko zapytałam: wstajesz czy mam cię podnieść. Natychmiast wstała. I już nigdy sie nie położyła na ziemi.
Na szczeście.
Swoje przeżyłam też.
Tak samo jak nie moze czegos dostac, czego własnie bardzo chce, to jest szał, a raczej był szał! Zaczęło się poprawiac, jak powtarzaliśmy jej spokojnie: nie krzycz do mnie, ja słyszę jk mówisz spokojnie. Wtedy wyrazanie próśb nie było wrzeszczącym jęczeniem tylko słowami i super.
Ja odmawiamy czegoś, to tłumaczymy dlaczego i że jutro dostanie, dziś już było, więc dziś już nie. W zamian czasem dostaje coś innego.
Bywało, że jak jej się nie dało tego co chciała, to potrafiła pobiec przez cały pokój, żeby mnie trzasnąć, gdy ja siedziałam przed kompem, a to Bartek jej nie dał.
Trzy raz karne serduszko według instrukcji superniani i skończyło sie bicie rodziców, po pierwszym machnięciu łapką ma ostrzeżenie, ze jeszcze raz i będzie kara na karnym serduszku. I jest spokój.
Ale dzici maja pomysły. skoro ręką nie można rodziców klepać, to moze nogą można. Zaczęła nas kopać.... Robiła swoje nie łamiąc naszej zasady... No to jedna kara na serduszku wystarczyła.
Rozpisałam się. Radzimy sobie i z napadami jej złości, chyba już minęły, z kładzeniem się na chodniku, też chyba minęło. Z krzyczeniem zamiast komunikowania spokonie i rzeczowo, chyba też już jesteśmy za tym.
Rozpisałam się.
Miłego dnia.