Drogie Mamy,
trafiłam na ten temat ponad miesiąc temu i nie zdecydowałam się wówczas na opisanie swojej sytuacji, bo od samego czytania kolejnych postów na ten temat zrobiło mi się z jednej strony trochę gorzej, z drugiej trochę lepiej. Postanowiłam doczekać jednak do końca swojej historii i przedstawić ją w całości - dla kolejnych i potomnych

Moja trzecia ciąża w wieku 31.lat od początku przebiegała dosyć trudno - krwawienia (przepisany duphaston - nie brałam, z natury jestem nie-lekowa i poniekąd ufam, że jeśli na wczesnym etapie coś jest nie tak, organizm potrafi to sygnalizować i walczy sam - albo pozbywając się płodu albo go utrzymując), zaś w I. USG genetycznym - jakiś problem. Widoczna kość nosowa, ale przezierność = 2,6mm. Uznałam, że to granica błędu, tym bardziej, że lekarz również nie był zaniepokojony, ale zasugerował, bym zrobiła test krwi. PAPP-A wyszedł wyjątkowo źle - ryzyko zespołu Downa 1:6 (!) mimo widocznej kości i przezierności niemal prawidłowej. Zasugerowano mi amniopunkcję, czego się odrobinę obawiałam, ale uznałam, że skoro lekarze (w sumie trzech) decydują, że przy takim wyniku warto zrobić, a ja rzeczywiście będę nieco spokojniejsza, jeśli poznam (dowolny - dobry, czy zły) wynik i będę się mogła na każdą ewentualność przygotować.
Po niecałych 3.tygodniach okazało się, że wszystko jest w porządku, a syn (po dwóch ślicznych i zdrowych córkach) jest zdrowy. Zakończenie zatem szczęśliwe, ale to, co po drodze, chcę Wam przekazać, bo po trzech przebytych ciążach trochę już wiem

- amniopunkcja - robić czy nie, nie ma na nie odpowiedzi, rozumiem i te kobiety, które się na nią decydują i te, które rezygnują; sam zabieg jest bezbolesny, gorsze jest samo wyobrażenie, co się w jego trakcie dzieje/może zadziać, dlatego warto możliwie najbardziej przed i po zabiegu się zrelaksować (deser lodowy w moim przypadku

; decyzja jest jedna i podjąć możesz ją tylko Ty - sama najlepiej wiesz, czy jesteś odporna psychicznie, czy do końca ciąży będziesz się stresowała, czy chcesz wiedzieć o zdrowym/mniej zdrowym dziecku, czy też nie - na to wpływa zbyt wiele czynników, by doradzić, czy robić amniopunkcję; niemniej już za jakiś rok tego dylematu i zabiegu nie będzie, bo zastąpi go test z krwi matki, o którym już tu piszecie i który będzie - jak to pobranie krwi z żyły - całkowicie bezinwazyjny
- między kolejnymi badaniami i w trakcie czekania na wyniki można się relaksować, denerwować, zastanawiać, przyzwyczajać do pewnych możliwości i nastawiać na nowe okoliczności - ja zapoznałam się z problemem zespołu Downa, przeczytałam kilka książek, zajrzałam do kilku fundacji, poznałam parę osób mających dzieci z tym problemem; dało mi to ogromną wiedzę (dotąd tajemną, nieznaną i lekceważoną), ogromną świadomość, czym jest zespół Downa i... ogromną miłość do własnego dziecka, które czekało w brzuchu na wiadomość o swoim stanie zdrowia - niezależnie od obecności tej trisomii; pokochałam swoje dziecko z zespołem Downa, nie wiedząc jeszcze, czy na pewno go to dotyczy; i mimo, że nie dotyczy - nigdy nie powiem o dzieciach/dorosłych z tą trisomią, że są chorzy, a dodatkowo mam ochotę zaangażować się w zrozumienie tej choroby w lokalnym środowisku - to jak już odchowam tą trójkę maluchów

- dowiedziałam się od wielu lekarzy, że testy krwi matki właściwie zawsze zawyżają ryzyko i nie wolno się do nich przywiązywać; "stety" lub niestety - są póki co podstawą do dalszej diagnostyki i to one powodują kolejne badania i kroki w kierunku choćby amniopunkcji
- dowiedziałam się, jak funkcjonuje obecnie system opieki zdrowotnej w Polsce, a właściwie - że nie ma tu żadnych zmian od lat, tylko są nowe jednostki chorobowe, większa możliwość diagnostyki, ale niestety przy tym samym, kulawym systemie punktów nfz, które trzeba wykorzystać, by mieć pieniądze i by uzasadnić potrzebę funkcjonowania np.kliniki rozrodczości w szpitalu państwowym; tak, mam na myśli fakt, że często na te badania trafiają osoby, które nie powinny na nie trafić, lekarze "naciągają" nieco to ryzyko (np. dopatrując się zbyt dużej przezierności, jak u mnie), strasząc często niepotrzebnie pacjentki i wywołując cały temat, którego czasem nie powinni wywoływać...
- cała rzecz miała miejsce w Białymstoku, gdzie klinika rozrodczości w PSK sprawia wrażenie, jakby trochę świeciła pustkami... a programy umożliwiające bezpłatną amniopunkcję są i trzeba je wykorzystać... niemniej lekarze są tam naprawdę rzeczowi, zaś sam zespół wykonujący amniopunkcję - doświadczony i pewny w ruchach (wiem, że wszelkie ryzyka związane z tym zabiegiem wynikają głównie z fachowości i doświadczenia/jego braku zespołu wykonującego) - zatem to na pewno trzeba sprawdzić, czy i jak długo/jak wiele zabiegów wykonał dany lekarz i lekarz mu asystujący (jeden trzyma wkłutą igłę i aparat usg, drugi pobiera płyn)
Cieszę się, że podsumowuję happy end'em, ale chcę Was tym przydługim wywodem (wybaczcie) zachęcić do kreatywnego wykorzystania czasu, w którym oczekujecie na wynik. Nie traćcie go, nie zamartwiajcie - dzięki temu każdy wynik, który otrzymacie, może się dla Was okazać DOBRY i taki, jakiego się spodziewałyście.
Pozdrawiam wszystkich serdecznie i życzę Wam szczęścia w każdej z możliwych sytuacji!
