Cześć Dziewczyny!
Niebo błękitne, Maks śpi w wózku przed domem. A w ogóle to o 5 rano wywaliłam trolla ( po akcji z wielką kupą i myciem dzieca w umywalce) do jego łóżeczka. Powiedziałam, że ma spać bo ja się zamierzam wyspać wreszcie a nie być dojona przez sen. Synuś posłuchał - o 8.20 obudził mnie mąż, pytając czy aby nie mieliśmy być u lekarza o 9? W biegu ubierałam siebie i śpiące dziecko. W międzyczasie jeszcze wypatrzyłam, że kocica ranna - wyłamała sobie paskudnie pazur. Biegiem do przychodni - miał być przegląd tylko, bo się wybieramy na basen i chciałam mieć na to błogosławieństwo od pediatry. No ale pani doktor wykonała telefon do lokalnej apteki, okazało się że właśnie dostali szczepionkę, na którą od ponad miesiąca polowaliśmy. Podskoczyłam do apteki, dziecko zostało zaszczepione, ale nie mieli Rotarixu, który też powinien dostać. Więc do domu, przesiadka z wózka w samochód, inna apteka, Rotarix, powrót do przychodni i podanie szczepionki.
łatwo pisać, podanie szcepionki... Maks próbował pluć, wykręcał się i cudował, w końcu poszło metodą kropla do paszczy i przegryźć cycem, no trochę to trwało w związku z tym, ale przynajmniej mam pewność że szczepionka znalazła się w dziecku. Mąż mi bardzo dzielnie pomagał - stał nad nami i wygłaszał do Maksia przemowę , że " łykaj, łykaj, bo to bardzo drogie jest, chyba mi nie będziesz tu pluł tymi czterema stówkami, tylko spróbuj, to ci odbiję z kieszonkowego..."
A potem dziecko do domu, kot do weterynarza - antybiotyk, środki przeciwbólowe i pogryziony weterynarz.
No a teraz mogę iść zrobić sobie kawę, ufff.
Azula - Amelka wygląda jak mały elf.