Witajcie, to mój pierwszy post tutaj.
Decyzję o posiadaniu dziecka przekładałam kilka lat. Strach przed porodem - siłami natury, że lekarze nie zareagują zbyt szybko, dziecko nie przeżyje albo w wyniku komplikacji zostanie niepełnosprawne był tak silny, że nie zliczę ile razy mówiłam mężowi, że tak - próbujemy dzisiaj, a wycofywałam się w ostatniej chwili. W końcu postanowiliśmy, że dla mojego komfortu psychicznego urodzę przez cc w prywatnej klinice. To mnie przekonało. I udało nam się, zaszłam w ciążę. Przez kilka miesięcy, mimo wielu komplikacji, byłam najszczęśliwsza na świecie. Niestety okazało się, że z planów o rodzeniu w ludzkich warunkach nici. Mam cukrzycę ciążową i biorę insulinę, przez co nie mam czego szukać w prywatnym szpitalu. Histeria zaczęła się od nowa. Nie ma dnia bez płaczu. 2 tygodnie w szpitalu przekonały mnie, że moje lęki nie są do końca bezpodstawne. Gdy mama z ciotką kompletowały wyprawkę (nie mogę chodzić po sklepach, mam reżim leżenia) płakałam, że to nie ma sensu, bo przecież mały umrze. Gdy mąż zadał mi niewinne pytanie, czy nie żałuję, że to nie będzie dziewczynka - to samo. Gdy czuję jego ruchy radość momentalnie zmienia się w depresyjny stan. Niedawno sąsiadom urodził się bobas - gdy tylko słyszę jego płacz w korytarzu mam kilka godzin wyjętych z życia, dzika rozpacz, że ja nie doświadczę tego samego. Czy taki lęk jest wystarczającym powodem, by psychiatra skierował mnie na cesarskie cięcie? W czwartek mam wizytę i panikuję, że mi odmówi, bo za dużo jest kobiet, które traktują to jako cesarkę na życzenie...