Od miesiąca spóźniał mi się okres. To znaczy prawidłowy okres miałam w listopadzie, a w grudniu 2 dni jakiegoś plamienia, którego nie uznawałam za okres. Około tydzień temu zaczął mi lecieć brązowy śluz, nie za dużo - po prostu od czasu do czasu miałam go na papierze, myślałam, że okres się zbliża. No ale nic - w środę zrobiłam test - pozytywny, drugi też. Szybko poleciałam na betę i wyszła 1327. Umówiłam się do ginekologa - widać pęcherzyk ciążowy, ale zarodka brak. Dał mi Duphaston na podtrzymanie i tyle. Powiedział, że mam się nie cieszyć, bo żadne plamienie w ciąży nie oznacza niczego dobrego. Jestem załamana, rok starania... Mam podwójna macice, PCOS i powiedział, że to będzie cud jeśli nie poronie. Chcę iść dzisiaj na betę zobaczyć czy rośnie. Mam przyjść do niego za dwa tygodnie jeśli nie zacznę krwawić. Pocieszcie mnie, bo ja o niczym innym nie myślę i tylko chodzę sprawdzać czy nie ma krwi...