Moje idealistyczne (miejmy nadzieję, że nie naiwne) plany zakładają na razie pracę, do kiedy maksymalnie stan pozwoli. No a potem macierzyński na spółkę z Małżem. Na pewno wykorzystam tyle urlopu macierzyńskiego, ile muszę - prawdopodobnie troszkę więcej. Chcemy, żeby M. posiedział z dzieckiem co najmniej 6 tygodni. M. sam się dopomina, że chce posiedzieć trochę z Fasolkiem, żeby się mocniej związać z dzieciaczkiem. A i mi na tym zależy - dobrze to zrobi wszystkim zainteresowanym.
Jak dobrze pójdzie, to dociągniemy malucha pod opieką rodzicielską do 6 miesięcy. A potem - niania. Mama moja co prawda wspomina, że mogłaby się zająć młodym. Nie zdecyduję się jednak. Raz, że oznaczałoby to jej przeprowadzkę do nas na co najmniej 5 dni w tygodniu - kocham ją bardzo, ale sorry - NIE MA MOWY!, zjadłybyśmy się po prostu, za bardzo jestem niezależna, żeby zaakceptować drugą kobietę w ognisku domowym. A dwa - uważam, że swoje dzieci już wychowała, więc nie będę jej obarczać swoim. Na dłuższą metę byłoby to dla niej bardzo męczące - to szalenie aktywna kobieta, nadal częściowo realizująca się zawodowo, mająca swoje pasje i zainteresowania, które pochłaniają jej sporo czasu. Egoizmem z mojej strony byłoby pozbawianie jej tego. Nie wspominając już o tym, że mój biedny ojciec zapłakałby się bez niej przez większość tygodnia.
Zostanie niania. I już się boję, bo wiem, że będzie trudno znaleźć odpowiednią. O kosztach nie chcę nawet myśleć. Zwłaszcza, że dobrze by było, żeby np. rozumiała przynajmniej j. angielski, bo Fasol będzie wychowywany bilingualnie metodą OPOL - więc żeby w późniejszym czasie, mogła zrozumieć, gdy młode zarzuci do niej w innym języku :-).
Generalna koncepcja jest. Szczegóły i wykonanie pewnie nas wykończą. Ale damy radę, bo jakie mamy inne wyjście?