Nie przeprowadzam żadnej ankiety. Próbuję zrozumieć, w jaki sposób w praktyce odbywa się cała procedura in vitro i jak w praktyce (w rzeczywistości) radzą sobie z tym rodzice. Chcę zrozumieć, jaki wpływ taka decyzja ma na związek, czy takie traktowanie swojej płodności lub płodności partnera faktycznie nie odbija się na relacjach miłości. Czy te zarodki są dla Was (naprawdę, naprawdę nie chcę nikogo obrażać!) już ludźmi. Jeśli tak, dlaczego tak nieludzko się je traktuje...? Jeśli nie, skąd taka troska o nie. Dlaczego mówi się o nich "wyhodowanie", a równocześnie nazywa "swoimi dzidziusiami". Dlaczego wybiera się pewnie konkretne - które lekarze, technicy uznają za "najlepsze". Kto z nas jest "wybrany" lub "wyselekcjonowany"?
Próbuję zrozumieć, czy taka świadomość może być bez wpływu na rodzinę....
W jednym z ostatnich Newsweeków był wywiad z mężczyzną, którego córeczka została poczęta in vitro. Powiedział on, między innymi, cytuję: "Konstancja niczym nie różni się od dzieci, które zostały poczęte w sposób bardziej zwierzęcy"...
Skąd taka terminologia?
To wszystko bardzo mnie przygnębia.