reklama

Kto po in vitro?

Haha, faktycznie. Mój m. chodzi ze mną do lekarza, wykupuje mi recepty i krzyczy na mnie żebym z góry nie zakładała najgorszego ;)
A ostatnio zaproponował, żeby pojechać ze znajomymi na Mazury na ten długi weekend listopadowy. Ja mu na to, że nie wiem, że raczej nie, bo nie wiem jak będę się czuła w czasie stymulacji, poza tym nie chcę by oni widzieli te moje zastrzyki (mieszkalibyśmy w 1 domku). No to już zły, że przesadzam i w czym mam problem. Faceci!
 
reklama
Hess dobre pytanie....no więc mój jakby się niezbyt przejmował...tzn jest spokojny . Czasem jakby miał wszystko w d...:zawstydzona/y: . Jak odbierałam wyniki bety ( oczywiście negatywne) to mówił żebym się nie przejmowała, przytulał , pocieszał . Miałam wrażenie,że niezbyt go to bolało. Jednak myślę ,że to tylko pozory :-D
Jak doczekaliśmy się na kolejkę do AZ cieszył się jak dziecko. A teraz przed wizytą jutrzejszą mówi do mnie " pewnie już się martwisz, nie zaśniesz całą noc" itp. ale dla mnie to brzmi " strasznie się martwię ,"
Już myśli jaki to prezent będzie miał dla mamy , gdy odwiedzimy ją w piątek. Dobrą wiadomość ....nową szansę na wnuki :-) Mam wrażenie ,że nie może się doczekać:-D .

może ma podwójną osobowość :szok:
 
Asia_77 - hehe, pewnie masz rację. Faceci też przeżywają, ale na swój sposób. Nie okazują tego, ale pewnie też ma to na nich jakiś wpływ. Kobiety są bardziej uczuciowe, dlatego bardziej przeżywają i to okazują.
 
Hess jedno co mnie zszokowało ...strasznie przejął się swoim słabym nasieniem. Próbowałam obrócić to w żart " przynajmniej żadna kochanka nie złapie cię na dziecko " . Wiem glupi dowcip , ale nie wiedziałam co powiedzieć , nie spodziewałam się takiej jego reakcji. Wogóle nie chce o tym rozmawiać . Jedyne co stwierdził , to że pewnie 3 dni abstynencji to dla niego za mało i takie tam wymówki.
 
Mój mąż od samego początku jest bardzo zaangażowany w nasze starania o dziecko. Chodził ze mną przez te wszystkie lata na wszystkie wizyty do lekarzy którzy prowadzili mnie w tym kierunku. Pamiętam jak robiliśmy kilka lat temu pierwsze badanie nasienia, bardzo się stresował wynikiem. Odebraliśmy kopertę, wsiedliśmy do samochodu po czym wcale nam się nie śpieszyło do jej otwarcia. Okazało się, że wyniki są niemal książkowe, bardzo się ucieszył. Ja też choć w tym momencie potwierdziły się moje przypuszczenia, że problem leży tylko i wyłącznie po mojej stronie. Każde kolejne badanie było tylko formalnością.
Jest skryty, ciężko czasem odczytać Jego emocje związane z tą sytuacją, jednak wiem że zrobi wszystko by nam się udało.
I choć nie okazuje emocji to po moim poronieniu kiedy wróciliśmy ze szpitala... rozpłakał się jak nigdy w życiu. Pierwszy raz widziałam ból i smutek w Jego oczach. Kilka dni wcześniej największe szczęście gdy wrócił do domu z bukietem kwiatów i niemal nosił mnie na rękach.
Niewątpliwie mam u swojego boku najwspanialszego mężczyznę na świecie. Szkoda tylko, że tak ciężko nam dokonać Cudów...
 
Asia, czekaliście na adopcję zarodka?Przepraszam, że się pytam, ale nie znam Twojej historii.
Ja jak zobaczyłam pierwsze badanie nasienia i ilość 3 mln, to wyłam jak bóbr. Wiedziałam, że szanse są zerowe z taką pojemnością i dodatkowe parametry też były daleko poza normami. Mąż to przyjął do wiadomości, ale nie popadł w histerię jak ja. I to ja czytałam fora, opinie o andrologach, o możliwościach leczenia, chciałam mu pomóc, a on narzekał, że trzeba tylko kasę wydawać na wizyty i leki. I jeszcze czasem wyrzuty, że na Profertil było wydane 600 zł w błoto. I po co to było. Ano po to, że chciałam zrobić wszystko, aby było lepiej. Mój mąż wie, że ma problem z płodnością, ale najbardziej mnie dobijało, że tak chłodno to przyjmował, gdzie dla mnie to był życiowy dramat. Mówił, że możemy się rozwieść, ale dla mnie to nie rozwiązanie problemu. I tutaj dopatruję się pewnej nieścisłości ze strony prawa katolickiego, gdzie jak jedna ze stron małżeństwa nie może mieć dzieci to rozwód jak najbardziej wchodzi w grę, natomiast jak mąż i żona nie chcą się rozstawać tylko próbują szukać ratunku w procedurze in vitro to już wielki grzech.
 
calineczka tak czekaliśmy na adopcję zarodka ponad rok. Niestety finanse nie pozwalają nam podejść kolejny raz do procedury. Mamy jeszcze moja córkę z poprzedniego małżeństwa. Musimy myśleć też o niej , nie możemy dopuścić , aby klepała biedę z nami z powodu chęci posiadania przez nas wspólnego dziecka. Ja mam podwiązane jajowody ze względów onkologicznych. Więc naturalis nie wchodzi w grę , a do tego plemniczki też genialne nie są;-)

Więc po ponad roku zadzwonili z kliniki ,że zarodeczek do adopcji czeka na nas. To było w sierpniu. Na wizycie zapytałam z głupoty lekarki czy mamy szansę na rządówkę. Ku mojemu zaskoczeniu powiedziała ,że tak. Jutro wizyta :tak:

Narazie adopcja w jest w rezerwie .
Jak się zakwalifikujemy to wiadomo .....a jak nie to spróbujemy adoptować zarodusia :-)
 
Oczywiście w każdej chwili moge na niego liczyć, jego wsparcie i troska o mnie są dla mnie bezcenne. Jest opanowany, mądry, dobry, ostoja spokoju, ja za to jestem bardzo nerwowa, niesamowicie wrażliwa i spontaniczna:-)
Jesteśmy już razem 10 lat, przy czym 1 rok po ślubie:-)
 
reklama
Mój mąż na szczęście nie robił problemów ze zbadaniem swojego nasienia, ale śmiał się, że u niego na pewno jest wszystko ok. Takie tam męskie ego. I faktycznie, źle nie jest, ale książkowo też nie. Generalnie problem jest bardziej po mojej stronie. Mąż musi się przyzwyczaić, że teraz bierze czynny udział we wszystkim.

Asia_77 - wiesz, faceci różnie reagują. Są też tacy co to w ogóle nie zgadzają się na badania, bo twierdzą, że to na pewno nie z jego winy nie ma się dzieci. Więc dobrze, że nasi chcą się badać. Trzeba ich w razie czego wspierać i działać. A wiadomo, że każdy ma prawo do chwilowego zwątpienia czy żalu. Grunt, żeby okazywać wsparcie.

calineczkaa - my jesteśmy razem ponad 11 lat, a małżeństwem prawie 6,5 roku :) Rany.......ale to zleciało :)
 
Ostatnia edycja:

Nowe wątki

reklama
reklama
Wróć
Do góry