Ano udalo sie z wyjazdem. Kwestie czeku rozwiazalismy dnia nastepnego. Pkazalo sie, ze w jednym jedynym banku uznaja ten podpis. Dlaczego? Nie mam pojecia i nie chcialo mi sie wnikac. W piatek usilowalismy zabukowac bilet, ale okazalo sie, ze bank, w ktorym oboje z malzonem mamy konta nie zezwala na zakupy w necie przy uzyciu karty debetowej. Oczywiscie jak dzwonilismy do biura podrozy, konsultanci ostrzyli sobie na nas zabki i co chwile oddzwaniali i proponowali pomoc. Zaden konsultant nie zarobil na nas, bo zwyczajnie sie nie dalo. Ja tylko z trwoga patrzylam na to, jak ceny sie zmieniaja. W piatek rano podroz kosztowalaby nas 10 160 pesos, kilka godzin pozniej skoczyla do 10 724 pesos. Szczesliwie ta cena utrzymala sie przez cala sobote. Wczoraj przy pomocy karty kredytowej znajomego, udalo nam sie zarezerwowac trip. Dzis koszt wzrosl do 14 215 pesos. Czyli udalo sie kupic pakiet za bezcen. Lecimy w piatek i wracamy we wtorek. Oczywiscie w hotelu, do ktorego sznurek wklejalam. Bosko! Nie sadze zeby stary dal sie namowic na wyprawe na Isla Mujeres, bo cienko z kasa stoimy (tak jakby to cos nowego bylo hehehehe), ale i tak cztery dni blogiego nicnierobienia i rozkoszowania sie pieknem karaibow sprawiaja, ze az sie sama do siebie usmiecham :-)