U mnie niestety początek ciąży nie wyglądał zbyt wesoło... zastanawiałam się czy Wam o tym wogóle pisać, ale co tam... ;-) To będzie dłuższa historyjka, uprzedzam
Tabletki hormonalne brałam przez długie lata, bo bez nich nie miałam miesiączki czasem nawet pół roku (mam zespół jajników policystycznych). Lekarze twierdzili, że będę miała ogromne problemy z zajściem w ciążę, że potrzebne będzie specjalistyczne leczenie, ale jakoś nie myślałam o tym. Ciągle wydawało mi się że jeszcze nie czas na dziecko... a raczej, że nie mam u boku tego jednego jedynego faceta z którym właśnie chciałabym je mieć.
2 lata temu poznałam mojego Jacka. Był wtedy jeszcze żonaty, ale ich małżeństwo istniało już tylko na papierku bo jego żona od 1,5 roku miała kochanka. Ma z nią syna, który ma teraz prawie 10 lat. Nie jest jednak jego ojcem biologicznym... to pokręcona historia... był z laską, która go rzuciła i związała się z innym gościem. Niestety wpadli, a tamten koleś zostawił ja na lodzie, więc wróciła do mojego Jacka. On zaakceptował to dziecko i traktuje je jak swoje własne. Przyznam, ze gdy go poznałam, to bardzo mnie to w nim ujęło
W ciążę zaszłam w maju, a 2 miesiące wcześniej Jacek wziął rozwód. Wiem że bardzo to przeżył, najbardziej rozstanie z Oliwierem. Rozmawialiśmy nie raz o dziecku, bo w końcu znalazłam tego faceta z którym chciałabym je mieć. On zawsze odpowiadał, że moze kiedyś... ale jeszcze nie teraz.
W grudniu przestałam brać tabletki, bo stwierdziłam, że to już jest bez sensu... ja chcę mieć dziecko, jestem już stara

i nie ma na co czekać! Jeśli się uda, to super, a jak nie to będe się leczyła. Myślałam już nawet o tym, że trzeba zacząć odkładać na in vitro. Jacek wiedział, że nie biorę już tabletek, ale wiedział tez o moich problemach z jajnikami i o tym co twierdzili lekarze, i tego się trzymał - że nie zajdę w ciążę. A jednak po pół roku stało się!

Zorientowaliśmy się dopiero po 6 tygodniach, czułam się wyjątkowo źle.. miałam mega doła psychicznego, byłam okropnie słaba. A gdy pojawił sie odruch wymiotny na widok kociej kupy, pobiegłam do apteki po test ciążowy. A zaraz potem po następny, bo nie wierzyliśmy że te dwie kreski to nie przypadek ;-) Do dzisiaj go mam... leży w skrzyneczce wraz z innymi pamiątkami, które Milenka dostanie od nas na swoje 18-ste urodziny
To była sobota, w poniedziałek rano byliśmy u lekarza i zobaczyłam na USG bijące serduszko... łzy popłynęły mi po policzkach

Jacek usmiechał się ale minę miał raczej... nietęgą. Pojechałam do pracy, powiedziałam szefom i wzięłam od razu urlop, o tydzień wcześniej niż planowałam.
Z jednej strony bardzo się cieszyłam, ale z drugiej byłam przerażona! Za to moja rodzina szalała z radości, bo wszyscy postawili już na mnie krechę. Po kilku dniach doszło między mną a Jackiem do poważnej rozmowy, i dowiedziałam się wtedy, że on nie akceptuje tego dziecka, tej ciąży... że jej nie chce :-( Wynikało to chyba z jego strachu o to, że z tym dzieckiem również kiedyś będzie się musiał rozstać, tak jak z Oliwierem...
Powiem Wam, że pierwsza połowa ciąży to był dla mnie koszmar. Nie miałam w nim żadnego oparcia, byłam cholernie zazdrosna, bo widziałam, że dla niego istnieje tylko Oliwier, wciąż o nim mówił, jeździł do niego, a mojego brzuszka jakby wogóle nie dostrzegał. Kilka razy mało brakowało, a rozstalibyśmy się. Do tego jeszcze jego była żona mieszała między nami

No ciężko było.. ale jakoś przetrwałam... przetrwaliśmy razem

Warto było! Bo teraz widzę, że wariuje na punkcie Milenki, nie mam już żadnych wątpliwości, że kocha to dziecko najmocniej jak tylko potrafi

Nawet gdy jest u nas Oliwier, to Milenka jest na pierwszym miejscu. A mi w końcu kamień spadł z serca, bo przez całą ciążę żyłam w niepewności jak to będzie...
Ale się rozpisałam... mam nadzieję że Was nie zanudziłam
