Jesteśmy w domu. Chyba z 10 lekarzy się zbiegło oglądać Juśkę. Zaglądali jej wszędzie zeby ocenić stopień zatrucia organizmu. Stwierdzili, że twarda z niej sztuka, ze wygląda ok, ale bez względu na to, czy zjadła liścia czy nie - miała kontakt z jego sokami. Jak się wejdzie na Wikipedie to aż strach bierze co ta roślinka ma w swoim soku i co powoduje... Jedna doktorka zawyrokowała, że skoro Justyna wygląda ok i po 2 godzinach od zdarzenia jeszcze nie zsiniała, to mam jechać do domu, bo mieszkam 5 minut od szpitala. Ale mam mieć ją stale na oku, patrzeć czy oddycha regularnie i tak dalej. Bo reakcja moze nastąpić nawet po 24 godzinach!!! Obejrzała też jej oczy i powiedziała, że teraz są w porządku (że to pewnie zapalenie spojówek było, jak Doris mówiła), ale jak tym sokiem natarła oczko, to może łzawić przez to jeszcze nawet ROK.
M. wrócił na zajęcia ze studentami, a ja siedzę teraz w domu i jakby ze mnie powietrze zeszło.
DZIĘKUJE WAM ZA WSPARCIE I KCIUKI :*