No właśnie dziewczyny, zaczynamy się rozsypywać. Nie chcę się do tego przyznawać, ale jest mi już bardzo ciężko. Płakać mi się chce jak nie mogę Wiwi zawiązać bucików. Ona patrzy ze współczuciem i mówi "to nic mamusiu, ubiorę te drugie butki".
Ostatnio popłakałam się i nawrzeszczałam na męża, że mam dość, jestem wielka, ciężka, trudno mi się schylać, wymiotuję, mam zgagę, boli mnie kręgosłup i jedzenie cofa mi się do gardła, właściwie to mam problemy z jedzeniem a on jeszcze ma pretensję, że nie umyłam podłóg. Osłupiał a ja dodałam, że umyję podłogi jak urodzę dziecko a jak mu się nie podoba to niech sobie sam myje, poszłam do sypialni trzasłam drzwiami i płakałam. Wiwi przyszła mnie pocieszać a Krzysztof poczekał aż mienie mi "depresja przedporodowa" i później przeprosił.
Cóż, tak właśnie jest jak nikomu się nie mówi o prawdziwym samopoczuciiu. Teraz jak ktoś pyta jak się czuję to zaczynam narzekać. Niech wiedzą i dadzą mi święty spokój.