Dziewczyny, wszystkie piszecie, że miałyście podane znieczulenie ogólne przy łyżeczkowaniu i tak się teraz zastanawiam, dlaczego ja go nie dostałam?

Ja straciłam moje pierwsze dzieciątko w 2005r. Poszłam do lekarza zaraz jak dowiedziałam się, że jestem w ciąży, to był jakiś 6-7 tydzień. Powiedziałam, że mam niedoczynność tarczycy, na co on " i mimo to udało się pani zajść w ciążę?", potem spytał jak się czuję, powiedziałam, że dobrze, bo rzeczywiście tak było i oświadczył, że 7 tydzień to jeszcze za wcześnie, żeby on mógł potwierdzić ciążę i kazał mi przyjść za dwa tygodnie. Po tej wizycie w 9 tygodniu, na której już odbyło się normalne badanie, powiedział, że wszystko jest ok. i jak to stwierdził "ładnie rośnie". No, tych słów to nie zapomnę już chyba nigdy, niestety

. Następna wizyta miała być po 4 tyg. Niestety zaczęłam się źle czuć, ale myślałam, że to w ciąży normalne, nie chciałam wyjść na histeryczkę. Na początku 11 tygodnia pojawiła się maleńka, jasnoróżowa plamka. Nie myśląc wiele z mężem pojechałam na pogotowie. Nie będę tu pisać jak zostałam tam potraktowana

:-(. W każdym razie lekarz na pogotowiu nie stwierdził nic niepokojącego i dał mi mocno do zrozumienia, że jestem idiotką, która nie ma pojęcia jak wygląda krew. Następnego dnia znalazłam prywatnego gina. Ten lekarz od razu powiedział, że coś jest nie tak, bo wielkość macicy nie odpowiada wiekowi ciąży. Skierował mnie do szpitala, gdzie dowiedziałam się, że moje maleństwo odeszło od nas około 5-6 tygodnia ciąży. Dlaczego? Nie wiem i pewnie nigdy się nie dowiem:-(. Szkoda tylko, że lekarz tego nie zauważył i pozwolił mi żyć nadzieją, narażając przy tym moje zdrowie i życie.
W szpitalu dostałam tabletkę na wywołanie krwawienia, potem zawieźli mnie na zabieg. Niestety to był koszmar jakiego w życiu nie zapomnę. Dostałam głupiego Jaśka i podobno znieczulenie miejscowe, czułam wszystko, odskakiwałam przy każdym dotknięciu, potworność. Jeden plus tego wszystkiego to to, że lekarz wykonujący zabieg nie był partaczem, wszystko trwało nie dłużej niż 10 minut. Po zabiegu nie czułam już żadnego bólu, tylko ten w sercu:-(.
Później gdzieś czytałam wypowiedź jakiejś dziewczyny, która miała wykonywane łyżeczkowanie również w tym szpitalu i także mówiła, że było bardzo bolesne.
Być może to przez to, że szpital nie miał pieniędzy. Po tym zabiegu mój mąż musiał sam pójść do apteki i wykupić mi luteinę bo w szpitalu nie mieli. Tak samo kobieta, która leżała obok mnie, musiała sobie sama wykupić znieczulenie do operacji
Ból fizyczny mija dość szybko, jednak najtrudniej jest żyć po. Patrzeć na dzieci na podwórkach, na śliczne brzuszki przyszłych szczęśliwych mamuś i ciągle myśląc - dlaczego? Ja zawsze zapalam malutki znicz na grobie mojego taty i proszę go, aby opiekował się, tam w niebie, tą malęńką duszyczką. Nie wiem jakiej płci było dziecko, ale tak w sercu zawsze myślałam, że to chłopczyk i dałam mu na imię Pawełek, tak tylko dla siebie, to trochę pomaga.
Dwa lata po stracie maluszka urodził się mój drugi synek, Mateuszek. Jest zdrowym, radosym łobuziakiem i bardzo, bardzo kochanym.
Dla wszystkich Aniołeczków
[*]
[*]
[*].
Kochane trzymajcie się i... nie traćcie NADZIEJI