Tak jeszcze wracając do wątku poronienia i lekarzy... Ja do dziś nie wiem czy nie straciłam mojego Aniołka przez podejeście lekarzy - pierwszy do którego poszłam, w 5 tygodniu ciąży od razu powiedział tak "ale z tej ciąży to nic nie będzie! Wygląda mi to na zaśniad groniasty!" A gdy przerażona spytałam co to takiego, nic mi nie wyjaśnił, powiedział tylko, że "to się może skończyć rakiem kosmówki". Skasował za wizytę 90 zł, choć przyjmował w przychodni na fundusz, ale oznajmił, że w piątki jest tylko prywattnie (nikt mnie o tym w rejestracji nie uprzedził, wolne terminy miał tylko w piątki) i kazał przyjść za tydzień. (potem dowiedziałam się, że to wstrętny łapówkowicz znany z tego że wmawia kobietom złe rzeczy aby wyciągać kasę - myślę, ze będę go skarżyć jak dojdę do siebie). Przerażona wróciłam do domu i zaczełam szperać w Internecie co to jest zaśniad groniasty. Ponieważ jest to coś naprawdę okropnego, poszłam do innego lekarza, prywatnie, który powiedział, że zaśniad to nie jest, ale że robi się krwiak i chyba z tej ciązy nic nie będzie. Nie zaproponował mi nic, ani luteiny, ani duphastonu, ani leżenia, kazał wracać do domu i czekać czy nie będzie krwawienia. Dwa tygodnie potem zaczęłam plamić - poszłam wtedy do niego, zrobił mi usg, powiedział, że dzidziuś żyje, ale jest mniejszy (był 8 tydz, dzidziuś wyglądał na 6) i że to już koniec. Zbadał mnie dość brutalnie i potem badaniu krwawiłam juz mocno. Telefon do niego, kazał się zgłosić do szpitala na łyżeczkowanie... przed zabiegiem na usg stwierdzono, że echa płodu nie ma...Dobrze, że poczytałam na forum jak może wyglądać taki zabieg i jakie są reakcje personelu i nie przeżylam szoku... Obojętność personelu, oschłe słowa na moje łzy "nie ma sie co mazać, to tylko poronienie, co chwila to tutaj mamy", na sali zabiegowej "co robimy? Skrobiemy resztki". Słów brak...
A w tej ciązy - też okazało się, że jest krwiak, ale moja mądra ginka nie kazala mi wracać do domu i czekać aż się ciąża wykrwawi bo nic z tego nie będzie, tylko zaleciła leżenie, potrzymała tydzień w szpitalu, podratowała lekami, przepisała luteinę... Więc może mojego Aniołka też można było ratować... nigdy nie będę widzieć...
Ale ile zależy od lekarza! Szczególnie w dzsiejszych zastresowanych, zanieczyszczonych czasach gdy coraz mniej ciąż przebiega bez powikłań...
Och, w końcu wyrzuciłam z siebie tę historię. Ulżyło. Przepraszam za przydługiego posta.
Mirosłava :-):-)