09.09.08 - wtorek, ok. godziny 18
Siedząc z 2miesięcznym synkiem dostałem sms'a od żony o treści "będę za 20 min" - wyszła na chwilę, na uczelnie - musiała coś załatwić. Po 30 min. słyszałem jedynie karetki, policje, straż - nie wiedziałem co się dzieje, zacząłem dzwonić do żony - martwiłem się, spóźniała się jak nigdy. Wyszedłem zobaczyć co się dzieje - młoda kobieta potrącona na pasach przez pijanego kierowce - zobaczyłem z tłumu ludzi kałuże krwi, jedną wielką kałuże krwi i kawałek strasznie zmasakrowanego ciała kobiety. Walka w myślach "cholera żeby to nie była tylko Ona" - a jednak... To była moja żona... Żona z którą byłem 3 lata po ślubie, mieliśmy malutkie dziecko - pełno planów, marzeń. Byliśmy rewelacyjną parą - od zawsze, poznaliśmy się w piaskownicy, mieszkaliśmy nie daleko siebie, od 2 roku życia zawsze razem, nierozłączni - raz byliśmy pokłóceni po 15 min, bez słowa się przytuliliśmy. I JAK MAM ŻYĆ? Budzę się co rano w przekonaniu że to głupi sen, że Madzia jest ze mną, przytuli mnie i da budzi na dzień dobry - a jednak, muszę sobie uświadomić że nie... Nigdy Jej już nie zobaczę.... A tak bardzo Ją kocham - nie potrafię bez niej żyć. Gdyby nie moje dziecko - po prostu zabiłbym się. CZEMU ŻYCIE JEST TAK BEZ SENSU? DLACZEGO NIE MOŻNA COFNĄĆ CZASU! MIELIŚMY TYLE CZASU JESZCZE BYĆ ZE SOBĄ! CZEMU TO JUŻ KONIEC? DLACZEGO....